Minął czerwiec. Książkowo.

W czerwcu na liczniku 15 książek. Dużo z nich przeczytałam na moim tarasie. A część w kolejce do lekarza. Dwie książki dotyczyły diety przeciwzapalnej, które bardzo dużo mi dały. I nawet Mysza moim śladem zaczęła pić wodę z nielubianą kurkumą i cytryną. Ja daję jeszcze goździki. No, ale nie będziemy tutaj opowiadać co jeść, a czego nie. Ale ogólnie dobra wiadomość, gorzka czekolada jest dozwolona! W czerwcu poza jedną, może dwiema pozycjami, czytałam raczej lżejsze lektury. Myślę jednak, że będą fajną opcją na wakacje.

Minus był jeden, Niewinna żona, Amy Lloyd. To książka z kategorii, można, ale po co? Na plus, naprawdę szybko się ją czyta. I tu w zasadzie wyczerpałam już wszystkie plusy.
Historia kobiety, która zakochuje się w skazanym za morderstwo. Dołącza do ruchu by go uwolnić, koresponduje, a potem leci na drugi koniec świata by wziąć z nim ślub. I kiedy uśmiecha się do nich szczęście, i Denis zostaje zwolniony z aresztu, jego zachowanie zaczyna ją zastanawiać- czy na pewno jest niewinny?
Historia z potencjałem, ale przez serię nieprzemyślanych decyzji autorki, ciężko pogodzić się z zakończeniem. Ciężko polubić bohaterów i ich intencje.

Największym plusem jest Czas porzucenia, Eleny Ferrante. Olgę porzuca mąż. Najpierw przychodzi złość i niedowierzanie. Potem czysta rozpacz i żałoba, która zamienia się w niemoc i apatię. A potem przychodzi moment otrzeźwienia i próba sklejenia życia na nowo.
Olga i Mario byli razem wiele lat, doczekali się dwójki dzieci i psa. Wiedli uporządkowane życie, w które wkradła się rutyna i przewidywalność. Ale przecież tak się dzieje, gdy pojawiają się dzieci i obowiązki….
I nagle tę rutynę przerywa odejście Maria. Olga zostaje sama z dziećmi i ogromną pustką w sercu.
I ten stan porzucenia dokumentuje Elena Ferrante. I zrobiła to po mistrzowsku. Poruszająca, bardzo bolesna, szczera i prawdziwa. Ta książka nie pozwala odłożyć jej na półce. Zarwałam dla niej noc i nic a nic nie żałuję.
Myślę, że wszyscy fani twórczości Ferrante będą zachwyceni. A ci, którzy jeszcze jej nie znają, zakochają się w jej twórczości.

Związek to skomplikowana mieszanina. Nawet jeśli się rozpadnie i przestanie istnieć, nadal będzie potajemnie oddziaływał, nigdy nie umrze, bo umrzeć nie chce.

Dylematy kobiet pracujących, Fumio Yamamoto. To jest lektura, która w swojej pozornie lekkiej formie kryje głęboką, japońską melancholię i surowy realizm.
Yamamoto, zmarła przedwcześnie wybitna japońska pisarka, stworzyła zbiór opowiadań, w których bohaterkami są kobiety tkwiące w trybach codzienności. To opowieści o presji społecznej, by być „perfekcyjną”. To historie o tym niewidzialnym ciężarze oczekiwań, którym nie da się sprostać, o poczuciu alienacji w miejscu pracy i w domu.
To niesamowicie uniwersalna opowieść, niezależnie od miejsca na świecie, kobiety dzielą te same dylematy i bolączki. Bohaterki Yamamoto często pracują ciężej, starają się bardziej, a mimo to życie „przydarza się” innym, mniej zasłużonym osobom. Autorka nie moralizuje – ona po prostu pokazuje ten ból.
Książka brutalnie pokazuje, że społeczeństwo, a również i rodzina zawsze znajdzie powód, by ocenić kobietę. Czy to kwestia kariery, czy posiadania dzieci . Typowa kobieta w oczach otoczenia nigdy nie jest „wystarczająca”.
Ta książka nie obiecuje happy endu. To jej największa zaleta. Yamamoto nie daje tanich pocieszeń. To książka, która daje nam przyzwolenie na bycie zmęczoną i złą.

Nie ma nic droższego niż to, co dostajemy za darmo.

Córka pszczelarza, Santa Montefiore. Akcja tej powieści splata losy matki i córki. Ich miłosne rozczarowania i błędy młodości, które kładą się cieniem na ich teraźniejszość.
To piękna opowieść, nasycona spokojem natury- pszczoły, ogrody, kwiaty. To miękkie otoczenie, sprawia, że książka jest niesamowicie wręcz plastyczna i przyjemna do czytania. Zdecydowanie pomaga wyciszyć pędzący umysł, daje ukojenie i pomaga skupić się na lekturze, a nie na swoich problemach.
Santa Montefiore pisze bardzo emocjonalnie. I chociaż w książce jest sporo smutku, w postaci niespełnionej miłości, to jednak jest on piękny i literacki. Nie sposób nie polubić Grace i Trixie, czyli matki i córki.
Piękna, powolna, dająca nadzieję opowieść o miłości, która ma różne odcienie.

Przestali śmiać się i żartować, bo nagle okazało się, że miłość ma bardzo poważne konsekwencje.

Pacjentka, Alex Michaelides. Nie miałam jakichś szczególnych oczekiwań wobec tej książki, nie znałam bowiem autora, ale tytuł przewijał się w wiele razy w poleceniach. Zaryzykowałam, przeczytałam i nie żałuję!
Intryga wciąga od pierwszej strony i trzyma w napięciu do samego końca. Ogromny plus za stopniowe odkrywanie kolejnych sekretów bohaterów. Fakt, że akcja dzieje się w salce szpitala psychiatrycznego, nadaje tej historii duszny i klaustrofobiczny charakter. A do samego końca otwarte jest pytanie czy Alicia w końcu zacznie mówić? Czy jest winna?
Musicie sięgnąć po ten thriller. obowiązkowo.

Wtedy tego nie rozumiałem, ale tak działa terapia. Pacjent przenosi swoje nieakceptowane uczucia na terapeutę, a on przejmuje wszystko, co pacjent boi się czuć, i odczuwa to za niego. Potem bardzo powoli oddaje mu te uczucia.

I na koniec, Żona lekarza, Daniela Hursta. Drew i Fern są szczęśliwym małżeństwem. Właśnie zostawili duże miasto i zamieszkali w małym miasteczku nad morzem. On jest lekarzem, i wydaje się, że nowy początek w nowym miejscu, da im wiele radości.
Ale to małżeństwo ma swoją mroczną stronę. Drew ma romans. A Fern udaje, że nie wie, ale tak naprawdę planuje zemstę…
To historia o zranionej kobiecie, o zemście i sile nienawiści.
Bardzo szybko się czyta, chociaż momentami nieco przewidywalna.

Cóż, podobnie jak w przypadku miasta, zamierzam zrobić wszystko, co w mojej mocy, by dostać to, czego chcę.

Ścieżka dźwiękowa- Kasabian- Cutt off

Plan na lipiec

Czerwiec był miesiącem, który przyniósł wiele, ale to wiele emocji. Od głębokiego smutku, do nadziei i walki. Trochę czułam się jak na karuzeli, raz na górze, raz na dole. Ale, ale. Udało mi się spełnić praktycznie wszystkie czerwcowe plany. W mojej krwi krążyły truskawki, i chyba stałam się jedną wielką truskawką. Spontaniczna wycieczka oczywiście się odbyła, i to nie jeden raz. Wiele czasu spędziłam w ogródku, a wieczorami spacerowaliśmy z psem i to nad morzem. Jedynie co się nie udało to porządki w lodówce. Ale to akurat obowiązek męża, a go w czerwcu nie było za często w domu. Ale za to czerwiec był dla mnie miesiącem przyjemności. Była masa matchy i jeszcze więcej mrożonej matchy, dużo spotkań z przyjaciółmi i rodziną, dużo uśmiechów i dobrych wspomnień. Dużo pizzy, i jeszcze więcej słońca. I lody! Na chwilę odrzucam dietę i rozkoszuję się smakiem lodowej matchy z maliną, słonej Nutelli albo maliny z białą czekoladą. Chodziłam na spacery o 5.30 rano (jedyna pora akceptowana przez psa) i o 23 ( kolejna pora akceptowana przez psa). Cieszyłam piwoniami w ogródku i własnym truskawkami na grządce. Oczywiście, w tej zalewie truskawkowej radości, pojawiły się problemy. Moja skóra jest w najgorszym stanie, wszystko przez sterydy, które muszę przyjmować piąty miesiąc. Niespodziewanie miałam wiele wizyt u lekarza, przy czym wiele to skromne określenie. A moje samopoczucie szorowało po dnie. Mimo wszystko ten truskawkowo-piwioniowy czas osłodził ten zalew smutków wszelkiej maści.

Czas na plan na lipiec!

  1. Piknik, czerwcowa pogoda mnie rozpieściła i mam ochotę na więcej.
  2. Przetwory, zaczynam od truskawek. A pod koniec miesiąca czas na najlepszy dżem wiśniowy!
  3. Nowy mrożony napój, ostatnio jestem fanką hiszpańskiej kawy na zimno. Na dno szklaneczki wlewam odrobinę mleka skondensowanego albo zagęszczonego ( mleko w tubce znalazłam dopiero w Auchan), na to podwójne espresso, kostki lodu i mleko migdałowe. Pychota.
  4. Playlista na powolny, słoneczny poranek. Czas na letnie brzmienie.
  5. Kwiaty dla samej siebie, w czerwcu były to piwonie. Teraz czas na lilie.
  6. Wymiana książek, u mnie najchętniej z bratową, mamy podobny gust i takie wymianki bardzo, ale to bardzo mnie cieszą.
  7. Wywołać zdjęcia i zrobić kolejną galerię na ścianę przy schodach. Tak, po tym jak dwie poprzednie spadły z owej ściany. Tak zwane haczyki montażowe i taśmy to zło. Zapamiętajcie to!
  8. Ususz zioła, czyli zbieram miętę na zimę.
  9. Spacer bez butów, po ogrodzie, albo po plaży. Niesamowicie to kojące.
  10. Pomalować paznokcie u stóp, ostatni raz malowałam je 5 lat temu na własny ślub. To znaczy ktoś mi pomalował, ale pół czerwca przechodziłam w sandałach i widzę potrzebę!
Image

Ścieżka dźwiękowa- Arctic Monkeys- Cornerstone

Kawowe historie

Przyznaję się bez bicia: kiedyś nie rozumiałam tego całego „kawowego szaleństwa”. Kiedy inni z namaszczeniem delektowali się porannym espresso, ja patrzyłam na nich z niedowierzaniem, sięgając po kolejną szklankę herbaty. Najlepiej mocnej, earl grey z plasterkiem cytryny, albo z wiśniową konfiturą Babci Stasi. Kawa wydawała mi się zbyt gorzka, zbyt intensywna, po prostu… nie dla mnie.

A potem nadszedł czas, kiedy mój gust (i chyba też potrzeby) kompletnie się zmieniły.

Dziś nie wyobrażam sobie początku dnia bez tego jednego, konkretnego, porannego rytuału. Moja poranna kawa, to dla mnie coś więcej niż tylko zastrzyk kofeiny. W 99 procentach przypadków piję ją w łóżku, powoli się budząc i szykując na nowy dzień.

Z czasem wypracowałam sobie swój ulubiony przepis na najlepszą kawę. Zazwyczaj jest to aksamitne latte albo puszyste cappuccino z naszego domowego ekspresu. Kluczem do sukcesu jest dla mnie baza. Wybieram tutaj mleko roślinne, najczęściej owsiane lub migdałowe. Uwielbiam to, jak subtelnie podkręcają smak kawy, nadając jej delikatnie orzechowej nuty. Na zwykłym mleku kawa mi nie smakuje. No chyba, że mówimy o mleczku z tubki, ten patent zdradziła mi moja przyjaciółka Kasia. Na dno kubka wlewam mleczko z tubki, i zalewam kawką. To hiszpański patent na popołudniową kawę. A dla mnie to taki smak dzieciństwa, któż z nas nie zajadał się bowiem mlekiem z tubki?

I teraz ten najważniejszy akcent: szczypta cynamonu. To on sprawia, że cała kuchnia wypełnia się ciepłym, kojącym zapachem, który natychmiast poprawia nastrój, nawet jeśli za oknem panuje szara aura. I nawet jeżeli za oknem panują upały, to kawa z cynamonem jest obowiązkowa.

Ale jest jeszcze jeden sekretny składnik mojego poranka. Tę kawę przygotowuje mi mój mąż. I choć mogłabym zrobić ją sama, to fakt, że to on staje przy ekspresie, spienia mleko i podaje mi filiżankę prosto do rąk, sprawia, że smakuje ona dziesięć razy lepiej. No i nie oszukujmy się, komu by się chciało o 6 rano schodzić na dół i szykować kawę? Tylko jemu!

Czy u Was też kawa smakuje najlepiej, gdy przygotowuje ją ktoś bliski? A może macie swoje ulubione dodatki, bez których nie wyobrażacie sobie poranka?

Image

Ścieżka dźwiękowa-Manic Street Preachers – Suicide Is Painless

Jak co roku…..

Dziś kończę 38 lat. Gdy patrzę na tę liczbę, widzę w niej coś więcej niż tylko kolejny rok do kolekcji. Widzę w niej rok, który był jedną z najtrudniejszych lekcji, jakie kiedykolwiek mi zadano do odrobienia.

Ostatnie miesiące były dla mnie jak bieg z przeszkodami. Było dużo walki o zdrowie, dużo pytań bez łatwych odpowiedzi i momenty, w których miałam ochotę po prostu odpuścić. Każdy z Was, kto choć raz musiał zmierzyć się z czymś, co nie zależy od niego, wie, jak bardzo to wyczerpuje i jak bardzo frustruje niepewność.

Ale wiecie co? Właśnie te wszystkie trudne dni nauczyły mnie czegoś niezwykle ważnego. Że nadzieja to nie jest naiwny optymizm. Nadzieja to twarda, codzienna decyzja, by mimo wszystko zrobić kolejny krok. To trzymanie się planu, nawet gdy serce drży ze strachu. To wiara w to, że każda „przeszkoda”, każda kolejna medyczna procedura i każdy trud, to tylko etap drogi, która gdzieś prowadzi. I chociaż nie wiem jeszcze gdzie, to muszę wierzyć, że w jasne miejsce.

Dziś, w moje 38. urodziny, nie czuję potrzeby wielkich deklaracji. Czuję za to ogromną dawkę nadziei – taką, która jest niczym zaczyn na domowy chleb: spokojnie rośnie, potrzebuje czasu, ciepła i cierpliwości, by w końcu stać się czymś wspaniałym.

Ten rok nauczył mnie, że mam w sobie niewyobrażalne pokłady determinacji, o której istnieniu nie miałam pojęcia. Nauczył mnie też, jak doceniać małe rzeczy. Ten spokój w domu po męczącym dniu, obecność tych, których kocham, i umiejętność zatrzymania się na chwilę, nawet gdy świat wokół pędzi. To radość ze spaceru z psem, przytulanki z kotami, kubek zielonej herbaty.

Przyjmuję moje 38 lat z pokorą, i z otwartym sercem. Wiem, że przede mną jeszcze sporo wyzwań, ale dzisiaj wybieram spokój. Wybieram bycie dobrą dla siebie. Wybieram nadzieję, która jest jak światło. Może czasem przygasa, ale nigdy nie gaśnie całkowicie.

Dziś świętuję nie tylko kolejny rok, ale przede wszystkim to, że wciąż idę przed siebie. I mam nadzieję, że Wy też znajdujecie w sobie siłę, by robić to każdego dnia.

Image

Ścieżka dźwiękowa- Abba- Dancing Queen

Co ostatnio obejrzałam?

Dawno już nie dzieliłam się moimi filmowo-serialowymi rekomendacjami i krytycznymi uwagami. I dziś zabieram Was do mojego salonu, gdzie obejrzałam ostatnio dwa filmy i jeden mini serial. I właśnie od serialu zaczniemy.

Morderstwa w Are, jest to bardzo udany skandynawski kryminał dla osób, które lubią spokojniejsze tempo, mroczny klimat i śledztwa skupione bardziej na psychologii postaci niż na efektownych zwrotach akcji. Jeżeli jest
Wam za ciepło i już tęsknicie za zimą, to na pewno zauroczy Was klimat szwedzkiej prowincji. Te ośnieżone krajobrazy, góry, i tona śniegu, to świetne tło dla kryminalnej historii. To co mi się podobało, to bardzo realistyczni bohaterowie. Mają własne problemy i bagaże emocjonalne, dodaje to serialowi wiarygodności. A dodatkowo bohaterów po prostu nie da się nie lubić. Mamy tutaj panią detektyw w kryzysie, która na prowincji próbuje odzyskać spokój. I lokalnego detektywa, młodego ojca z kryzysem rodzinnym. Jeżeli nie przepadacie za nadmiarem krwi i tanią sensacją, to tutaj napięcie budowane jest poprzez sieć tajemnic i relacji między mieszkańcami miasteczka. Na kolejny plus „skondensowana forma”, serial jest dynamiczny, bez niepotrzebnego przeciągania wątków. Dostajemy dwie osobne historie, które idealnie wypełnią nam weekend. To może być też minus, bo jednak ktoś może oczekiwać szybkiego tempa. Ja jestem fanką skandynawskich seriali, więc ten obejrzałam z dużą przyjemnością. Fabuła jest prosta, są ofiary, są podejrzani i zmowa milczenia. Serial oparto na książkach, dość popularnych i robiących furorę. To nie mogło się nie udać, więc się po prostu udało.

Image

Czas na film „Ludzie, których spotykamy na wakacjach”. Co ciekawe, to również jest adaptacja książki i tę książkę akurat czytałam. Ten film to ciepła, pełna uroku opowieść o przyjaźni, która z biegiem lat zmienia się w coś znacznie głębszego. To film o tych relacjach, które pojawiają się w naszym życiu niespodziewanie, zostają na lata i kształtują nas bardziej, niż początkowo jesteśmy w stanie dostrzec. Największą siłą tej historii są (znowu) bohaterowie autentyczni, pełni wad i niepewności, przez co łatwo się z nimi utożsamić. Film pokazuje, że miłość nie zawsze przychodzi w spektakularny sposób. Czasem rodzi się powoli, między wspólnymi podróżami, rozmowami i chwilami, które z pozoru wydają się zwyczajne. To produkcja idealna na letni wieczór. Owszem jest lekka, ale nie powierzchowna. Pełna pięknych krajobrazów, nostalgii i refleksji nad tym, jak ważne są osoby, które spotykamy na swojej drodze. Choć fabuła nie zaskakuje wielkimi zwrotami akcji, nadrabia atmosferą i emocjami, które pozostają z widzem jeszcze długo po seansie. Nawet mój mąż oglądając go ze mną nie zasnął, także to duży plus 🙂

Image

Wichrowe Wzgórza, to film na który wiele czekało, i ja również. Obejrzałam ostatecznie w HBO Max w domowym zaciszu. Moje wrażenia? Emerald Fennell wzięła jedną z najbardziej mrocznych, wielowarstwowych powieści w historii literatury angielskiej i nakręciła… teledysk. Długi, drogi i bardzo ładny. Ale jedynie teledysk. Bardzo się cieszę, że nie poszłam na niego do kina. „Wichrowe Wzgórza” Emily Brontë to precyzyjnie skonstruowana tragedia o obsesji, klasie społecznej, zemście i emocjonalnym dziedziczeniu traumy. To historia, w której napięcie narasta jak burza nad wrzosowiskami, czyli powoli, nieubłaganie, z konsekwencjami. Fennell postanowiła tę burzę zastąpić estetyką luksusowej kampanii reklamowej z bardzo nowoczesną muzyką.Margot Robbie jako Catherine i Jacob Elordi jako Heathcliff wyglądają jakby byli żywcem wyjęci z katalogu domu mody. Niestety między nimi brakuje iskier, które wywołałyby na ekranie prawdziwy pożar. Zaś reżyserka za wszelką cenę stara się nas przekonać, że jest inaczej. Estetyczne kadry, dużo(zbyt dużo) fizyczności, sztuczne pozowanie. to wszystko jest, ale właśnie tej duszącej, niepokojącej więzi, która stanowi serce powieści, tu nie uświadczymy. Mam wrażenie, że autorka filmu po prostu celuje w skandal, w myśl zasady, nieważne co mówią, byleby mówili. Film jest przeseksualizowany, sztuczny i balansujący na granicy dobrgo smaku. Również dobrze mógłby mieć 99 innych tytułów, niewiele go łączy z poetyckim pierwowzorem. Ja bym powiedziała, że to bardzo, ale to bardzo luźna adaptacja, która poza kilkoma hasłami, niewiele ma wspólnego z literackim arcydziełem.Ten film albo się pokocha, albo wręcz znienawidzi. Potrafi zmęczyć, przeboćcować, jednocześnie oferuje tak niewiele w zamian. No może poza wzdychaniem do głównego aktora, wiem, że dużo przedstawicielek płci odmiennej dałoby się pokroić za jedno spojrzenie Jacoba. Ja się wynudziłam, tak po prostu.Szkoda, bo materiał był znakomity. Powieść Brontë sama w sobie jest gotowym scenariuszem na arcydzieło. Fennell wybrała jednak własny pokaz fajerwerków, błyskotliwy może przez chwilę, ale bez żaru i bez treści.

Image

Ścieżka dźwiękowa- Monaco – What Do You Want From Me

Minął maj. Książkowo.

W maju miałam L4 dłużej niż bym chciała. Więc na liczniku 17 książek. Co warte odnotowania, nie było żadnej porażki i książki, której nie polecam nikomu. Były dwa średniaki, ale były to raczej książki, które się czyta i zapomina. A nie, że pamięta się latami, jakie to gnioty. Więc od razu przechodzimy do poleceń, i postanowiłam wybrać z tych 17 pozycji, te najlepsze, które uważam, każdy powinien przeczytać 🙂

Może w innym życiu, Taylor Jenkins Reid.

„Może w innym życiu” to książka, która bierze na warsztat jedno z najbardziej intrygujących ludzkich pytań: „Co by było, gdyby…?”. Reid, znana z późniejszych wielkich hitów, w tej nieco wcześniejszej powieści z 2015 roku serwuje nam niezwykle ciepłą, mądrą i lekką w odbiorze historię o przeznaczeniu, miłości i potędze przypadku.

Główną bohaterką jest Hannah Martin, dwudziestodziewięciolatka, która zupełnie nie wie, co zrobić ze swoim życiem. Po latach tułaczki po różnych miastach i pasmie miłosnych oraz zawodowych porażek, wraca do rodzinnego Los Angeles. Zatrzymuje się u swojej najlepszej przyjaciółki, Gabby, i próbuje zacząć od nowa.

Podczas imprezy powitalnej w barze Hannah spotyka Ethana ,swoją wielką, licealną miłość. Koło północy dziewczyna staje przed z pozoru błahą decyzją: wracać do domu taksówką razem z Gabby, czy zostać w barze dłużej i pozwolić Ethanowi odwieźć się później?
W tym momencie książka dzieli się na dwie alternatywne linie czasowe, a autorka prowadzi je równolegle w kolejnych rozdziałach:
W scenariuszu A: Hannah decyduje się wyjść z przyjaciółką.
W scenariuszu B: Hannah zostaje w klubie z Ethanem.
Jedna mała decyzja uruchamia lawinę zdarzeń, która całkowicie zmienia bieg jej życia, stawiając na jej drodze zupełnie inne wyzwania, tragedie i radości.
Reid mistrzowsko przeplata obie historie. Choć losy Hannah w obu rzeczywistościach toczą się zupełnie inaczej, autorka bawi się detalami – pewne motywy, przedmioty (jak choćby powracający cynamonowy rolls) czy postacie pojawiają się w obu światach, ale w innych kontekstach.Ciekawość, jak potoczą się oba scenariusze, nie pozwala odłożyć książki.
Choć wątek miłosny jest tu silny (i bardzo satysfakcjonujący),„Może w innym życiu” to przede wszystkim opowieść o przyjaźni i szukaniu własnej tożsamości. Relacja Hannah z Gabby jest jednym z najpiękniejszych punktów tej książki . Bezwarunkowa, lojalna i pełna wsparcia przyjaźń, niezależnie od wybranej przez bohaterkę ścieżki.

: Książka niesie ze sobą niesamowicie podnoszącą na duchu myśl. Reid sugeruje, że w życiu nie ma jedynej „właściwej” drogi. Nawet jeśli popełnimy błąd lub spotka nas tragedia, ostatecznie i tak jesteśmy w stanie odnaleźć szczęście i sens. Nasze życie nie zależy od jednego idealnego wyboru – zależy od tego, co zrobimy z kartami, które akurat dostaliśmy od losu.
„Może w innym życiu” to urocza, momentami wzruszająca, a momentami dająca do myślenia powieść o tym, że przeznaczenie i tak znajdzie do nas drogę, bez względu na to, o której godzinie wyjdziemy z imprezy. Świetna, odprężająca lektura!

Musimy stanąć twarzą w twarz z konsekwencjami na dobre czy na złe. Nie uda nam się ich wymazać, bo powiemy, że nie chcieliśmy. Los czy nie los, nasze życie i tak jest skutkiem naszych wyborów. Zaczynam myśleć, że jeśli się tego wypieramy, to wypieramy samych siebie.

Była żona, Ursula Parrott

„Była żona” to jedna z tych książek, które po latach niebytu wracają na rynek wydawniczy i potrafią wywołać absolutny zachwyt Choć została wydana po raz pierwszy w 1929 roku, czyta się ją tak, jakby powstała zaledwie kilka lat temu. To genialny, boleśnie szczery i bezlitosny portret narodzin nowoczesnej kobiety, napisany w rytmie nowojorskiego jazzu.
Główną bohaterką jest Patricia, młoda, inteligentna dziewczyna mieszkająca w Nowym Jorku u schyłku szalonych lat dwudziestych. Patricia ma wszystko, co miało definiować nowoczesność tamtej epoki- pracę w reklamie, modne ubrania, niezależność i męża, Petera, którego bezgranicznie kocha.

Sielanka kończy się w momencie, gdy Patricia przyznaje się mężowi do jednorazowej, nic nieznaczącej zdrady. Peter, mimo że sam nie jest święty, nie potrafi udźwignąć urazy, niszczy małżeństwo i odchodzi. Patricia zostaje rzucona na głęboką wodę z etykietą, która w tamtych czasach paliła żywym ogniem, staje się „byłą żoną”.

Aby zagłuszyć ból, odrzucenie i samotność, bohaterka rzuca się w wir nocnego życia Manhattanu. To życie pełne nielegalnego alkoholu, przygodnego seksu, przyjęć do rana i prób posklejania złamanego serca.
Parrott pisała o rzeczach, o których w 1929 roku kobiety głośno nie mówiły. Aborcja, antykoncepcja, kac moralny, mechanizmy obronne po rozstaniu i podwójne standardy moralne mężczyzn i kobiet. Autorka nie bawi się w moralizatorstwo; pokazuje rzeczywistość taką, jaka była.
Największą siłą książki jest ewolucja Patricii. Parrott genialnie pokazuje, jak wolność, o którą walczyły ówczesne sufrażystki, w zderzeniu z rzeczywistością okazuje się dla kobiet trudnym i słodko-gorzkim ciężarem. Patricia uczy się, jak być niezależną nie dlatego, że to modne, ale dlatego, że musi przetrwać.
Myślę, że to idealna lektura dla moli książkowych, którzy cenią literaturę z mocnym rysem emancypacyjnym, świetnym stylem i melancholijnym, ale bystrym humorem.
To fascynujący dokument epoki, który udowadnia, że niezależnie od dekady i stulecia, ból po stracie miłości i proces szukania samej siebie smakują dokładnie tak samo. Powieść hipnotyzuje, czasem smuci, ale przede wszystkim ogromnie imponuje literacką odwagą. Zdecydowanie warto mieć ją na swojej półce!

Przeżyłam to, a nawet odkryłam, że po pierwszej milości można pokochać ponownie – równie mocno lub bardziej, ponieważ człowiek więcej wie i rozumie.

Ostatnie rozdanie, Wiesław Myśliwski.

Ostatnie rozdanie to monumentalna, głęboka i niezwykle intymna powieść, która wciąga czytelnika w labirynt ludzkiej pamięci.
Punktem wyjścia i głównym rekwizytem powieści jest stary, papierowy notatnik z adresami . Rzecz w dzisiejszych czasach praktycznie zapomniana. Bezimienny narrator, będący w dojrzałym wieku, wertuje go, natrafiając na nazwiska ludzi, z którymi kiedyś skrzyżowały się jego drogi. Niektóre z tych osób odegrały w jego życiu kluczowe role, inne były tylko epizodem, o wielu zupełnie już zapomniał.

Każde nazwisko, inicjał czy przekreślony numer telefonu staje się pretekstem do snucia opowieści. Myśliwski nie buduje tu jednak klasycznej, linearnej fabuły. Powieść przypomina raczej tasowanie i rozdawanie kart (stąd genialny, wieloznaczny tytuł) Wspomnienia z dzieciństwa przeplatają się z dorosłością, relacjami z rodzicami, dawnymi miłościami (na czele z tajemniczą Marią) oraz przypadkowymi spotkaniami.
Myśliwski pokazuje, że nasza przeszłość nie jest wyryta w kamieniu. Pamiętamy wybiórczo, idealizujemy, zmieniamy fakty. Narrator próbuje poprzez spisane nazwiska zrekonstruować samego siebie, ale odkrywa, że człowiek istnieje tylko w relacji z drugą osobą.
Książka jest podszyta melancholią, ale nie jest to melancholia rozpaczliwa. To raczej mądre, dojrzałe pogodzenie się z faktem, że życie nieuchronnie zmierza do końca, a tytułowe „ostatnie rozdanie” zbliża się wielkimi krokami.
Język Myśliwskiego to absolutne mistrzostwo świata. Jest niespieszny, melodyjny, pełen potocznych mądrości, które brzmią jak najgłębsze aforyzmy. Autor potrafi pisać o rzeczach banalnych, takich jak kupno butów, w taki sposób, że stają się one metaforami ludzkiej egzystencji. Ta książka wymaga od czytelnika uwagi i zwolnienia tempa.
Ostatnie rozdanie to literatura najwyższej próby, która nie daje prostych odpowiedzi, ale zmusza do spojrzenia we własny, wewnętrzny notes z adresami.

Mówi się, co prawda, być sobą. Mówi się w zuchwałym przekonaniu o stałości naszego ja. Powtarza to każdy. Lecz być sobą tak naprawdę nic nie znaczy. Aby być sobą, trzeba być kimś, to znaczy wiedzieć, kim się jest. A jak możemy to ustalić, zagubieni wśród ciągle zmieniających się wyobrażeń siebie?

Ona coś knuje, Sara Goodman Confino

Jenna i Evelyn, babcia i wnuczka w szalonej, ale bardzo wzruszającej podróży. W podróży do przeszłości, ale po lepszą przyszłość.
Małżeństwo Jenny właśnie się rozpadło, a było takie szczęśliwe! Dziewczyna wróciła do rodziców i rozgościła się w marazmie. I z tego stanu wyrywa ją babcia i wspólna podróż. Jenna nie tylko może spędzić z babcią więcej czasu, ale przede wszystkim lepiej ją poznać i poznać historię jej wielkiej, acz niespełnionej miłości.
To historia, która wzrusza i wywołuje uśmiech na twarzy. Napisana jest lekko, przyjemnie, i naprawdę wciągająco. Bardzo podobała mi się zarówno współczesna perspektywa, jak i historia Evelyn sprzed pół wieku.
Myślę, że to świetny wybór na wakacyjną lekturę. Taką, która choć lekka i przyjemna, to daje szczerą nadzieję na to, że nigdy nie jest za późno na miłość.

Możesz przejmować się drobiazgami albo żyć.

Lato marnotrawnych, Barbara Kingslover

„Lato marnotrawstwa” Barbary Kingsolver to powieść, w której można się po prostu zanurzyć. To książka mądra, zmysłowa i niezwykle kojąca.
Akcja dzieje się w górzystych rejonach Appalachów w Wirginii. Kingsolver prowadzi trzy równoległe wątki, które splatają się w jedną opowieść o życiu, odrodzeniu i skomplikowanych relacjach człowieka z naturą. Mamy trzy główne bohaterki- Deanna Wolfe to biolożka żyjąca w samotności w leśnej głuszy, która obserwuje życie kojotów i odkrywa na nowo swoją seksualność. Lusa Maluf to młoda entomolożka, która po śmierci męża zostaje na jego rodzinnym gospodarstwie, próbując odnaleźć swoje miejsce między tradycyjną rodziną rolników a światem nauki. Nannie Rawley zaś to starsza kobieta, prowadząca sad, która toczy cichą wojnę z sąsiadem używającym pestycydów, broniąc biologicznej równowagi swojego ogrodu.
Kingsolver pisze przepięknie. Jej opisy przyrody nie są tylko tłem, one po prostu żyją. Czytając o uprawach, owadach czy zachowaniu zwierząt, mas się wrażenie, że czujemy zapach wilgotnej ziemi, dojrzałych brzoskwiń i dusznego powietrza przed burzą. Autorka potrafi połączyć surową biologiczność z ogromną czułością wobec ludzkich słabości. Książka mówi o tym, że nic w przyrodzie (i w życiu) nie jest „marnotrawstwem”. Wszystko ma swój cykl, swoje miejsce i swój czas. „Lato marnotrawstwa” to pochwała różnorodności , zarówno tej w lesie, jak i w naszych relacjach z innymi ludźmi.


Na świecie tak wiele szczegółów pozostaje niezauważonych.

Najbardziej niebieskie oko, Toni Morrison

Najbardziej niebieskie oko, to debiutancka powieść Toni Morrison — laureatki Nagrody Nobla w dziedzinie literatury i jeden z najważniejszych głosów w historii amerykańskiej prozy. Choć to stosunkowo krótka książka, jej ciężar jest ogromny. Morrison postawiła sobie zadanie niemal niemożliwe, opisać, jak system rasistowski niszczy człowieka od środka, zanim ten zdąży w ogóle zrozumieć, co mu się przydarza.
Główną bohaterką jest jedenastoletnia Pecola Breedlove.” Zwykła” czarna dziewczynka z biednej, dysfunkcyjnej rodziny, który marzy o niebieskich oczach. Wierzy, że gdyby je miała, świat zacząłby ją wreszcie dostrzegać, kochać, traktować jak człowieka. Ta obsesja jest metaforą czegoś znacznie głębszego, zinternalizowanej nienawiści do samej siebie, zaszczepionej przez kulturę, która mówi dziecku, że jest brzydkie, bo jest czarne.
Morrison pisze prozą poetycką , czyli gęstą, rytmiczną, miejscami niemal biblijną. Każde zdanie jest przemyślane. To nie jest lektura łatwa , wymaga uwagi i gotowości na ból.
Morrison bezlitośnie obnaża, jak kultura masowa zniszczyła poczucie własnej wartości czarnych dzieci.
Dodatkowo książka zawiera sceny bardzo trudne, w tym przemoc seksualną. Morrison nie epatuje, ale też nie ucieka od prawdy.
Powieść jest aktualna do dziś , mówi o mechanizmach, które nie zniknęły. Polecam ją każdemu kto lubi trudne społecznie tematy, i lubi jak książka zostaje w głowie na lata.

Miłość wolnego człowieka nigdy nie jest bezpieczna. Nie obdarowuje ukochanego. Tylko sam miłujący raduje się darem miłości. Ukochany natomiast, pod spojrzeniem wewnętrznego oka miłującego, staje się okrojony, obezwładniony, skrępowany.

Wszystko na mojej głowie, Jakub Bączykowski

Rita jest nie tylko fryzjerką, to prawdziwa psychoterapeutka. Chociaż bez studiów i dyplomu. Przytulny salon Rity, to miejsce prawdziwej przemiany, tej fizycznej i duchowej. Rita nie tylko ścina i pielęgnuje włosy. Ale i wysłucha, doradzi, a czasem po prostu jest obok i podaje kubek herbaty….
Kiedy czytałam tę książkę, miałam wrażenie, że odbywam rozmowy z przyjaciółką. Aż zaskoczyło mnie to, jak autor, mężczyzna, zna kobiecą duszę!
Problemy bohaterek są prawdziwe, czasem większe, czasem mniejsze. Każda z nich dostaje jednak wsparcie głównej bohaterki, która w swoim zakładzie potrafi rozwiązać każdy problem.
To książka na trudniejszy czas, czyta się ją błyskawicznie, ale zdecydowanie zostaje w „głowie”!
Oby powstawało więcej takiej mądrej, przytulnej i otulającej literatury dla kobiet.

Czy jesteśmy w stanie być po prostu kobietami? Każda z własną historią, tęsknotami i spełnieniem. Bez nieświadomego oceniania się nawzajem przez pryzmat ról narzucanych przez społeczne oczekiwania?

Ścieżka dźwiękowa- Depeche Mode- Just can’t get enough

Plan na czerwiec.

I minął maj. Oczekiwania miałam wielkie, wyszło jak wyszło. Poznałam nową kawiarnię, matcha jest w niej pyszna. Generalnie poznałam kilka nowych kawiarni. Wstawałam wcześniej, ale to wynikało z bezsenności. Spacerowałam w nowych miejscach, z psem i bez psa. W ogrodzie wiele się dzieje, pożegnaliśmy laurowiśnie, znalazły nowy dom, a w to miejsce posadziliśmy ozdobne trawy. Na gruszy widzę 8 małych gruszeczek! I kilkanaście czereśni, nie na gruszy oczywiście. Był piknik na plaży, z matchą i frytkami. Plan na urlop ułożony, doszedł nawet kolejny na sam koniec lata, czyli ruszamy na wesele mojej serdecznej koleżanki. Maj pachniał bzem i truskawkami. Był trudny, ciężki, chwilami przygniótł mnie do gołej ziemi. Ale mimo wszystko kiedy za oknem świeci słońce, kiedy jest ciepło, a na stole pysznią pierwsze truskawki, jakoś łatwiej się pozbierać. Chociaż przyznaję, to drugi z kolei maj, który obiecywał tak wiele, a przyniósł ogrom cierpienia i smutku. No to co? Plan na czerwiec?

  1. Jak najwięcej truskawek, czyli w mojej krwi będą rządzić tylko one. I gwarantuję, nigdy mi się nie znudzą!
  2. Spontaniczna wycieczka, czyli chcę wykorzystać piękną, czerwcową pogodę i zwiedzić moją okolicę. Nie musi być długo, nie musi być z noclegiem, ale zbieram piękne chwile.
  3. Letnia playlista, taka słoneczna, lżejsza, idealna na radosne poranki, kiedy nie potrzebuję już silnego kopa, bo jednak jest jasno. I na te urocze wieczory spędzane w ogrodzie.
  4. Balkonowo-tarasowa noc, niekoniecznie oznacza noc pod gwiazdami, ale wieczór pod gwiazdami? Tak!
  5. Śniadanie na mieście, czyli pomysł na weekend. Z majowym brunchem nie do końca się udało, ale śniadanie musi się udać.
  6. Wieczorna, letnia rutyna, czyli spacer z psem po „Faktach”, podlewanie ogródka, zdrowa kolacja, małe spa i czytanie książki na tarasie. Oto mój plan.
  7. Leniwe popołudnia, będę je praktykować jak najczęściej!
  8. Słoik miłych momentów, będę zbierać te miłe momenty na zimowe dni. I z nich będę czerpać siłę.
  9. Zacząć dzień bez telefonu, nad tym zdecydowanie muszę popracować!
  10. Porządki w lodówce, w końcu nadszedł na to czas!
Image

Ścieżka dźwiękowa- Agnieszka Chylińska- Kiedy powiem sobie dość

Kosmetycznie

Czas na malutką recenzję kosmetyczną. Ostatnio nie mam głowy do niczego mądrego, także łapcie polecajki.

Only Bio, toner do włosów Bubble Milk Tea. Bardzo długo wzbraniałam się przed ingerowaniem w naturalny kolor, ale kiedy na rynku pojawiły się tonery, zaczęłam nieco eksperymentować. To znaczy używam dwóch-trzech kolorów. Niektóre w ogóle nie odróżniają się od mojego naturalnego koloru, dodają za to niesamowitego blasku. Inne dają zaś delikatne refleksy, na przykład w złotym odcieniu. Toner Bubble Milk Tea, daje herbaciane refleksy, pięknie pasujące dla mojego mysiego koloru włosów. Co jest najważniejsze kolor zostaje do 4-6 myć, na moje włosy – dłuższy bob, jedno opakowanie starcza na dwa razy. Aby efekt był najmocniejszy, należy toner zastosować na suche włosy. Co jest dla mnie olbrzymim plusem to zapach. Każdy toner ma inny zapach, i to jest zapach, który uzależnia! Bubble Milk Tea, jest lekko mleczny, lekko czekoladowy, czuję też odrobinę kokosa. To coś fenomenalnego. Dodatkowo toner nie niszczy włosów, wręcz je nawilża, i cudownie wygładza. Dla mnie ten produkt to prawdziwy hit.

Image

Avon, winylowa pomadka do ust . Ten kosmetyk zdecydowanie wyróżnia się na tle klasycznych pomadek. A ja kocham testować nowości, więc szybko zamówiłam jeden odcień. Pomadka ma klasyczne, eleganckie opakowanie, wygodny aplikator i fajną wydajność. Ta długotrwała szminka oferuje dwa wykończenia- matowe, bądź winylowe. I to winylowe okazuje się mieć bardzo delikatny połysk. Na pewno nie jest to błyszczyk, raczej taka kropla blasku. Myślę, że całość wygląda niesamowicie elegancko. Ale ja oczekiwałam odrobiny więcej połysku i świeżości. Formuła jest przyjemna i komfortowa podczas noszenia. Szminka dobrze rozprowadza się po ustach, nie podkreśla suchych skórek i nie daje uczucia wysuszenia, co dla mnie jest dużym plusem. Testowałam pomadkę podczas chrzcin, i wytrzymała kilka godzin bez poprawek. Ściera się równomiernie i delikatnie. Na pochwałę zasługuje również pigmentacja – kolor jest widoczny już przy pierwszej warstwie, a odcień prezentuje się intensywnie i równomiernie. Aplikacja nie sprawia problemów, można dokładnie obrysować kontur ust bez konieczności używania konturówki.Myślę, że naprawdę warto ją wypróbować, stosunek jakości do ceny, jak najbardziej na duży plus. Na pewno to ciekawa opcja do pracy, kiedy nie lubicie robić poprawek.

Image

Tołpa, normalizujący żel do mycia twarzy. Z tą marką mam relację love&hate. Część produktów to moje hity, a część totalne buble. Ten żel akurat był w promocyjnej cenie i nie pamiętałam czy go miałam, postanowiłam więc przetestować gagatka. Z opisu powinien hamować rozwój bakterii odpowiedzialnych za powstanie trądziku, doskonale oczyszczać pory skóry, jednocześnie dbać o jej mikrobiom. Na plus wygodne, higieniczne opakowanie z pompką. Dobrze oczyszcza, bez poczucia ściągnięcia skóry. Po użyciu buzia jest miękka, gładka, matowa i dobrze przygotowana do dalszej pielęgnacji. Nie szczypie w oczy. W sumie nie oczekuję więcej od żelu do twarzy. Ciężko mi powiedzieć czy hamuje trądzik, ale na pewno po użyciu skóra jest czysta i cudownie matowa. Śmiało mogę go polecić. A jedyny zarzut to słaba wydajność, żel bardzo szybko się kończy, jest dość rzadki. Na pewno nie warto go kupować w regularnej cenie 33 zł, bo się nie opłaca. Ale w promocji to co innego.

Image

Isana, szampon do włosów Mango& Bazylia. Ten szampon kupiłam na wyjeździe, zapomniałam szamponu z domu, więc na szybko poleciałam do Rossmana po jakikolwiek szampon. Mango i bazylia wybrałam po prostu za zapach, to taki piękny, letni miks, kusił niesamowicie. I faktycznie pachniał pięknie. Ale z plusów, poza ceną to tyle. Owszem, szampon myje włosy, ale nic poza tym. Być może do włosów totalnie niewymagających się nada. Ale po użyciu, moje obecnie wymagające włosy, były suche, tępe i takie pozbawione połysku. A co ciekawe, szampon jest przeznaczony to właśnie suchych i zniszczonych włosów. Użyłam dwa razy, i zostawiłam w pokoju hotelowym. Poza zapachem plusów brak.

Image

Ścieżka dźwiękowa- Manic Street Preachers – Motorcycle Emptiness

Minął kwiecień. Książkowo.

W kwietniu na liczniku mam 13 książek. Wynik bardzo dobry, i nie była to pechowa trzynastka, co to to nie!

Minus jest jeden, reszta książek była przeze mnie oceniona od 6 do 9, w 10 stopniowej skali. Tylko jedna okazała się prawdziwą pomyłką.

Agnieszka Lingas-Łoniewska, Przyjdę kiedy zaśniesz.

Przeczytałam tę książkę błyskawicznie i wręcz nie mogłam się od niej oderwać! Dlaczego więc daję tak niską ocenę? Bo chyba nigdy nie spotkałam aż tak naiwnej i lekkomyślnej bohaterki. A co tam, po prostu głupiej bohaterki.
Intryga grubymi nićmi szyta. Brak w niej subtelności. Tak jakby autorka chciała w jednej książce zmieścić wszystkie możliwe tragedie i dramaty. Niestety, fabuła tego nie udźwignęła. Wszystko bowiem jest przewidywalne i mocno sztuczne. Przeczytałam szybko, bo nie mogłam się doczekać jak autorka skończy tę książkę. Chociaż to kryminał psychologiczny, to dostarczył mi masę śmiechu. Czy tak powinno być? To już odpowiedzcie sobie sami.

Tak to już zwykle jest, najpierw pięknie i romantycznie, aż pojawi się rysa, później kolejna, a w końcu idealny obraz robi się tak zamazany, że nie można dostrzec nawet konturów tego, co pierwotnie przedstawiał.

Banana Yoshimoto- Kuchnia.

Strata, żałoba i smutek, to łączy dwa opowiadania, które składają się na tę książkę. To dłuższe, od którego wziął się ten tytuł, opowiada o młodej dziewczynie, która straciła babcię. I właśnie w kuchni obcych sobie ludzi, poprzez gotowanie znajduje ukojenie i odkrywa swoją życiową drogę.
Druga opowieść to żałoba młodej dziewczyny. Nie potrafi puścić wolno swojej miłości, żyje w przeszłości. A może czas ruszyć naprzód?
Te historie pokazują jak trudno jest żyć, kiedy wali się świat. A jednocześnie pokazują jak codzienność pozwala przetrwać najgorsze.
To piękna i poruszająca opowieść o stracie i szukaniu nowego siebie.

Z całego serca pragnęłam odrzucić życie, to ciągłe posuwanie się naprzód. Na pewno nadejdzie jutro, potem pojutrze, a po nim przyszły tydzień. Do tej pory nie zdawałam sobie sprawy, że to takie męczące.

Wojciech Chmielarz, Zbędni.

„Zbędni” to mocny powrót Chmielarza do mrocznego, dusznego kryminału psychologicznego, w którym zbrodnia jest tylko pretekstem do prześwietlenia ludzkich sumień.
Akcja toczy się w Karkonoszach, w podupadającym hotelu w samym środku martwego sezonu. Mamy tu galerię postaci, które czują się , zgodnie z tytułem , zbędne. Jest Jasiek, stróż na kampingu, alkoholik, który przypadkowo potrącił kogoś samochodem i uciekł z miejsca wypadku.
Maria, to lokalna policjantka, samotna kobieta szukająca bliskości, która przypadkiem wpada na trop tajemnicy.
Ważnymi postaciami są również właściciele hotelu, których małżeństwo i biznes trzymają się już tylko na słowo honoru.
Chmielarz genialnie buduje atmosferę izolacji, brudu (dosłownego i moralnego) oraz wszechobecnego smutku.
Bohaterowie to ludzie połamani, pełni wad, których trudno polubić, ale łatwo zrozumieć. Autor świetnie pokazuje, jak wyrzuty sumienia potrafią zniszczyć człowieka od środka.
Początkowo odrębne historie Jaśka i Marii splatają się w sposób, który trzyma w napięciu do ostatnich stron. I to końcówka jest tutaj najmocniejsza i przynosi wiele satysfakcji.
Jeśli cenicie kryminały, w których najważniejsze jest pytanie „dlaczego?”, a nie tylko „kto?”, będziecie zachwyceni.

A to był taki piękny, kurwa, wieczór, pomyślał Jasiek ze łzami w oczach, patrząc na leżące na drodze ciało kobiety.

Alicja Sinicka, Laurka.

Alicja Sinicka od lat konsekwentnie buduje swoją pozycję jako jedna z czołowych polskich autorek thrillerów psychologicznych. Laurka, potwierdza, że pisarka doskonale wie, jak sprawić, by czytelnik nie mógł odłożyć książki.
Joanna, główna bohaterka powieści, zmaga się z zespołem stresu pourazowego po brutalnym włamaniu do jej domu. Wraz z mężem przeprowadza się w nowe miejsce, by zacząć wszystko od początku. Spokojna, wręcz sielska okolica, wypielęgnowane ogródki i rodziny z dziećmi wydają się obietnicą spokoju. Wszystko zmienia się, gdy pilnowana przez nią córka sąsiadów wręcza kobiecie laurkę z napisem „POMOCY”. Od tej chwili Joanna zaczyna z coraz większą podejrzliwością przyglądać się otoczeniu, które miało być jej azylem.
Największą siłą tej książki jest konsekwentna, duszna atmosfera. Autorka buduje napięcie w sposób niespieszny, ale niezwykle intensywny emocjonalnie.
.W miarę postępu fabuły czytelnicy, podobnie zresztą jak Joanna , tracą grunt pod nogami. Granica między rzeczywistością a wyobrażeniami bohaterki zaciera się, a pytanie co jest prawdziwe, a co jest jedynie wytworem wyobraźni, nie daje spokoju.
To co dla mnie jest najsłabszym elementem opowieści, to zakończenie. Poczułam niedosyt, i mam wrażenie, że motywacje bohaterów nie do końca zostały wyjaśnione. Nie zmienia to jednak mojej opinii, to naprawdę solidny thriller psychologiczny, dla którego warto poświęcić swój wolny czas.

Jennifer Croft, Wymieranie Ireny Rey.

Jennifer Croft to autorka angielskiego przekładu Ksiąg Jakubowych, Olgi Tokarczuk. Napisała tę powieść, w której zagadka kryminalna łączy się z satyrą i opowieścią o procesie przekładu. Do domu pisarki Ireny Rey w Białowieży przyjeżdża ośmioro tłumaczy na plenum translatorskie, by wspólnie pracować nad przekładem jej nowej powieści. Sami nazywają się między sobą od języków, na które tłumaczą: Serbska, Szwedzki i tak dalej. Nagle znika pisarka i jej mąż Bogdan. To punkt wyjścia, który uruchamia lawinę.
Trudno pisać o tej książce bez wymienienia nieobecnego. W Polsce postać Ireny Rey będzie nieuchronnie przywodziła na myśl Olgę Tokarczuk — genialną, uwielbianą pisarkę, obiekt wręcz bałwochwalczego kultu, mieszkającą na prowincji, blisko natury, z wiedzą o niej, która ma w końcu dostać Nobla.
Jeśli chodzi o formę, mamy tu do czynienia z prawdziwą wieżą Babel. W pierwszych zdaniach powieści dowiadujemy się, że czytany przez nas tekst jest tłumaczeniem na angielski zaginionego oryginału, napisanego po polsku przez Argentynkę. Poczucie zagubienia towarzyszy przez cały czas czytania i taki był cel Croft.
Serce książki to jednak nie zagadka zniknięcia, lecz portret zbiorowy tłumaczy. Autorka od lat przekonuje, że o tłumaczeniu warto myśleć raczej jako o czymś z natury wspólnym . I jako felietonistka i aktywistka literacka stara się odkleić od tłumaczy łatkę tych „gorszych” rodziców tekstu. Powieść jest przedłużeniem tego manifestu w fikcji.
Jest to odważna i bardzo ważna powieść o ludziach niewidzialnych. Tytułowe wymieranie ma wiele znaczeń. Croft z goryczą połączoną ze specyficznym poczuciem humoru zwraca uwagę na istotę pracy kogoś, kto często bywa niewidzialny. Kiedy Irena znika, tłumacze powoli uwalniają się spod jej toksycznego wpływu, zyskują sprawczość i na własną rękę zastanawiają się nad swoją pozycją w literackim ekosystemie. Czy są tylko pasożytami żerującymi na pracy prawdziwych twórców? A może przeciwnie — bywają od nich pożyteczniejsi?
Niezwykle istotną rolę odgrywa Puszcza Białowieska, która jest tutaj czymś więcej niż tylko tłem. Jest to żywy, zagrożony organizm, którego los współgra z tematem wymierania języków i kultur. Croft umiejętnie łączy wątek ekologiczny z literacką zagadką, sugerując, że zniknięcie Ireny Rey jest nierozerwalnie związane z degradacją świata natury. Atmosfera jest gęsta od symboliki grzybów i grzybni. Croft pisze bowiem o tworzeniu, ale także o pasożytnictwie i niszczeniu, zarówno w świecie przyrody, jak i w tym, w jaki sposób postępujemy z językiem.
Powieść zachwyca błyskotliwością konstrukcji i ironicznym poczuciem humoru. Zachwyca precyzją opowieści i meta-literackimi zabiegami, takimi jak sarkastycznie zabawne przypisy narratorki, które dodają opowieści głębi i ironii.
Wymieranie Ireny Rey to debiut powieściowy nieoczywisty i odważny. Literatura o literaturze, tłumaczenie o tłumaczeniu, zniknięcie jako metafora niewidzialności. Croft napisała książkę, która bawi, prowokuje i uwiera, i która, paradoksalnie, najlepiej smakuje tym, którzy znają świat, z którego wyrasta.

Ale nigdy nie połączyłaby alkoholu z grzybem, którego nie należy łączyć z alkoholem. Nie znam nikogo, kto wiedziałby o grzybach tyle co ona. Jak wam się wydaje, co jest w jej codziennej nalewce? Kordyceps na wzmocnienie, rzecz jasna! Jeżeli istnieje na świecie coś, co naprawdę interesuje Ireną, to są grzyby.

Claire Douglas, Nowi sąsiedzi.

Elena i jej syn Rufus mają nowych sąsiadów. Starsze i bardzo sympatyczne małżeństwo, szybko zdobywa sympatię Eleny. Państwo Morgan zajmują się malutkim wnukiem, i są bardzo sympatyczni. Do czasu…..
Do czasu jak Elena, pomagając synowi, nagrywa rozmowę małżeństwa. Jest ona bardzo tajemnicza i podejrzana. Kim tak naprawdę są ci starsi państwo i co planują? Czy Lena jest w niebezpieczeństwie?
Książka trzyma napięcie, chociaż może się wydawać odrobinę przewidywalna, to jednak daje masę czytelniczej przyjemności.

Zdał sobie sprawę, że boi się władzy, jaką ona ma nad nim – i tego, do jakich czynów może go zmusić.

Paullina Simons, Jedenaście godzin.

Didi, młoda kobieta w zaawansowanej ciąży odwiedza centrum handlowe w upalny dzień . Życie upływa jej na zakupach, dbaniu o ukochanego męża Richa i dwie córeczki, i oczekiwaniu narodzin trzeciego dziecka. Nagle to sielskie życie brutalnie zakłóca zdesperowany młody człowiek, który porywa Didi. Jakie są jego motywy? Rozpoczyna się morderczy wyścig z czasem, z udziałem policji, FBI i zrozpaczonego męża Didi, Richa.
Pomysł jest prosty i teatralny w swej sile .Z góry określony, odliczany czas zamiast rozdziałów. Cała akcja toczy się przez jedenaście strasznych godzin dla Didi i jej nienarodzonego dziecka, a każda kolejna minuta potęguje napięcie. Akcja toczy się na przemian: czytamy, co przeżywa główna bohaterka i jakie są jej relacje z porywaczem, a w kolejnych partiach śledzimy postępy policji i uczucia Richa.
Simons potrafi zbudować napięcie. Autorka skutecznie budowała napięcie, sprawiające, że od książki nie sposób było się oderwać. Nie bez znaczenia jest też niejednoznaczność porywacza . Historia porwanej bohaterki i jej nienarodzonego dziecka może skończyć się na różne sposoby, dlatego czyta się tę książkę z zapartym tchem.
Simons wykreowała bohaterkę, która przez wzgląd na swój błogosławiony stan zdolna była do wszystkiego, byle tylko ocalić dziecko -próbowała manipulacji, rozmów, wielokrotnie podejmowała dialog o Bogu, po to jedynie, by zyskać na czasie i wykryć słabe strony porywacza.
Książka ma jednak drobne słabości, których nie sposób przemilczeć. Didi jest dość jednowymiarowa. To po prostu religijna gospodyni domowa, która uwielbia zakupy; nie ma głębszej historii ani osobowości.
Ogromna pobożność Didi może irytowa. Trudno uwierzyć, by tak religijnymi zwrotami i biblijnymi cytatami posługiwała się młoda kobieta

Jako thriller książka sprawdza się całkiem nieźle, choć każdy, kto przeczytał lub obejrzał cokolwiek z tego gatunku, już na samym początku będzie mógł się domyślić zakończenia.

Kiedy w nasze życie wkracza los, nie pozostaje nam nic innego, jak kuśtykać jego śladem.

Ścieżka dźwiękowa-

Plan na maj

I zaczyna się ta część roku, którą uwielbiam, celebruję i chwytam jej każdą chwilę! Kwiecień trochę się dłużył. Ale też przyniósł pierwsze dobre wiadomości, na które długo czekałam. Wróć, pracowałam. Większość kwietniowych planów udało mi się zrealizować. Zrobiłam nie tylko domową pizzę, ale i pokusiłam się produkuję focacci! I to były bardzo udane eksperymenty. Co prawda fryzjera przekładam na maj, ale udało mi się wrócić do jogi (chociaż wciąż nieregularnie). Co tydzień odwiedzaliśmy też nasz rumski renk i z przyjemnością napełniałam lodówkę zdrowymi produktami. A w moim ogródku pojawiły się pierwsze tulipany, i pięknie zakwitła nam czereśnia. A ja po raz pierwszy w moim 37 letnim życiu poszłam do escape roomu i świetnie się bawiłam. To co? Gotowi na mój plan na maj? Będzie bardziej otwarty na różne miejsca i ludzi, bo w końcu skończyłam pierwszą część leczenia i mogę wyjść do ludzi i na miasto!

  1. Poznaj nową kawiarnię. Ostatnio w mojej okolicy pojawiło się kilka miejsc, gdzie można napić się różnych wariacji z matchą. I już w majówkę zamierzam odwiedzić jedną z nich!
  2. Wstawaj wcześniej, cały kwiecień walczyłam z sennością. Ale z dziwną formą bezsenności, pobudki o 2-3 w nocy i ponowny sen od 5-6. I znów za moment pobudka. Dlatego maj to miesiąc zdrowego snu, i wczesnych pobudek, ale rano, a nie nocą. Im wcześniej wstanę, myślę tu o 6 rano, tym mam lepszy dzień.
  3. Celebruj Dzień Matki. Nie mam jeszcze planów, ale na pewno wymyślę coś ciekawego dla mojej mamy!
  4. Ogrodowe chwile, tak będzie przez cały sezon. Zamierzam dopieszczać mój ogród i na pewno pojawią się nowe okazy na tarasie i w rabatach.
  5. Spacer w nowej okolicy, to dobre i dla mnie i dla mojego psa. Zamierzam regularnie zmieniać spacerowe szlaki.
  6. Pierwszy piknik w plenerze, czyli będziemy na plaży! Może w jakiś ciepły wieczór pójdziemy na plażę z pysznymi kanapkami i zostaniemy do zachodu słońca?
  7. Kawa i książka w parku, czyli wracam do czytania w plenerze.
  8. Robimy zdjęcia, naturze, jedzeniu, pięknym miejscom!
  9. Niedzielny brunch, to coś co chciałabym wypróbować i zobaczyć czy to coś dla mnie 🙂
  10. Plan na lato, czyli tworzę nieśmiałe plany na wakacyjne dni. Te plany wyjazdowe i te mniejsze weekendowe. Bez presji, ale chcę mieć na co czekać….
Image

Ścieżka dźwiękowa- Depeche Mode- Stripped