art by JB

Moja art strona - zapraszam - art by JB

czwartek, 9 lipca 2026

Dom, do którego wracam pamięcią..


Image

 Nie wszystkie domy znikają, kiedy pustoszeją.

Niektóre zostają w nas. Pachną jabłkami, świeżo skoszoną trawą i chlebem wyjętym z pieca. Rozbrzmiewają śmiechem dzieci..

Mój dom był właśnie takim domem.

Dużym, piętrowym domem, który nie należał do jednej rodziny. Mieszkały w nim trzy siostry. Każda miała swoje życie, swoją rodzinę, swoje codzienne obowiązki. A jednak wszystko było wspólne – radości, troski, święta i zwykłe dni.

Nas, dzieci, było ośmioro.

Nie zastanawialiśmy się, kto jest rodzeństwem, a kto kuzynem. Byliśmy po prostu bandą dzieci wychowujących się na jednym podwórku. Razem odkrywaliśmy świat, kłóciliśmy się, godziliśmy, biegaliśmy do utraty tchu i wracaliśmy dopiero wtedy, gdy ktoś zawołał nas na kolację.

Przy domu, obok drzwi wejściowych jest drewniana ławeczka.

To było serce tego miejsca.

Każdego popołudnia siadały na niej trzy siostry. Mama. Ciocia. Druga ciocia.

Rozmawiały.

Nie pamiętam wszystkich słów. Nie pamiętam nawet, o czym mówiły. Ale pamiętam ich głosy. Spokojne, ciepłe, przeplatane śmiechem. Dziś myślę, że to nie były rozmowy o wielkich sprawach, ale np o tym co urosło w ogrodzie. O dzieciach, które znowu gdzieś przepadły. O pogodzie. O życiu.

Wtedy wydawało mi się, że będą tam siedzieć zawsze.

Za domem rósł sad.

Wiosną był biały od kwiatów, jakby ktoś obsypał drzewa śniegiem. Latem uginał się od jabłek, gruszek  śliwek i czereśni. Wspinaliśmy się po gałęziach, zrywaliśmy owoce prosto z drzewa, nie przejmując się tym, że sok spływał nam po brodzie.

Były wakacje, które zdawały się nie mieć końca.

Upalne dni pachnące sianem.

Wędrówki do lasu po jagody.

Droga nad staw, gdzie woda odbijała niebo, a czas płynął wolniej niż gdziekolwiek indziej.

Wieczory pełne świerszczy i gwiazd.

A potem przychodziła zima.

Taka prawdziwa. Ze śniegiem skrzypiącym pod butami, z bałwanami większymi od nas, z sankami i czerwonymi od mrozu policzkami. Świat robił się biały i cichy, ale nas było wszędzie pełno.

Tamten dom nigdy nie znał ciszy.

Na podwórku zawsze ktoś pracował.

Ktoś wołał dzieci.

Ktoś śmiał się z sąsiadem.

Na polach ludzie pochylali się nad swoją pracą, a ich głosy niosły się daleko z letnim wiatrem. Życie miało swój rytm. Powolny. Prawdziwy.

Nie zauważyliśmy, kiedy zaczął się kończyć.

Najpierw ktoś wyjechał.

Potem następny.

Dzieci dorosły. Rozproszyły się po świecie, zakładając własne domy.

Ja też wyjechałam.

A później odeszli najpierw Tata i nie tak dawno Mama.

I nagle okazało się, że dom może być ogromny, a jednocześnie taki pusty.

Dzisiaj mieszka tam już tylko mój brat i najstarsza z trzech sióstr – moja ciocia.

Wieczorem większość okien pozostaje ciemna.

Podwórko jest zadbane, bo brat wciąż kosi trawę. Ale nawet najstaranniej skoszona trawa nie potrafi zagłuszyć ciszy.

Ławeczka nadal stoi.

Tylko nikt już na niej nie siada.

Czasem myślę, że wiatr przystaje przy niej na chwilę.

Przesuwa się ostrożnie po starych deskach, jakby bał się zbudzić wspomnienia.

A potem niesie ze sobą echo tamtych rozmów.

Trzech sióstr.

Trzech młodych kobiet, które nie wiedziały jeszcze, jak szybko dzieci dorosną, jak szybko wnuki zastąpią dzieci, a wspomnienia staną się cenniejsze od wszystkiego...

Kiedy wracam do rodzinnego domu, nie szukam już ludzi.

Szukam ich śladów.

Drzewa, które pamiętają nasze wspinaczki.

Progu startego tysiącami kroków.

Ławeczki, na której dojrzewały nie tylko letnie popołudnia, ale całe życie.

I wtedy rozumiem, że dom nie umiera wtedy, gdy pustoszeje.

Dom umiera dopiero wtedy, gdy nikt już o nim nie pamięta.

A mój dom żyje.

W każdym moim wspomnieniu.

W każdym zapachu skoszonej trawy.

W każdej dojrzałej jabłoni.

Czas zabrał głosy, ale nie zdoła zabrać pamięci. Dopóki pamiętam tamto podwórko, sad i trzy siostry rozmawiające na starej ławeczce, dopóty ten dom wciąż żyje.





czwartek, 2 lipca 2026

Wiosenne wspomnienia..

 Ostatnie miesiące minęły w zawrotnym tempie. Dni wypełniała praca – pełna obowiązków, rozmów, wyzwań i małych sukcesów, które przypominały, dlaczego warto robić to, co się robi. Kiedy tylko znajdowała się chwila, czekał ogród. Pielenie, sadzenie, podlewanie i obserwowanie, jak wszystko rośnie, dawały spokój i pozwalały złapać oddech po intensywnych dniach.

Image

Image

Image

Image



Image


Nie zabrakło też krótkich wyjazdów. Jak zawsze zachwycił Kraków – pełen klimatycznych uliczek, zabytków i miejsc, do których chce się wracać. 

Image

Image


Image

Zupełnie inne wrażenie pozostawił tajemniczy zamek w Mosznej, którego wieże i niezwykła architektura wyglądały niczym z baśni.

Image

Image

Image

Image

Szczególnie miłym wspomnieniem pozostał urodzinowy wypad nad morze. Szum fal, spacery po plaży i zachody słońca były najlepszym prezentem – prostym, ale bezcennym.

Image

Image

Image

Image

Był też czas na letnie smaki. Zbiór dojrzałych czereśni przyniósł wiele radości, a ich słodki smak na długo pozostanie symbolem początku lata.

Image


I wreszcie nadszedł ten wyczekiwany moment – trochę wolnego. Wakacje. Czas na odpoczynek, spotkania z bliskimi, nowe miejsca i chwile bez pośpiechu. Po miesiącach pełnych pracy to najlepsza nagroda i okazja, by nabrać sił przed kolejnymi wyzwaniami.

 

Image

Image

Image
Kolorowe jeziorka - moja lokalna atrakcja:)



piątek, 8 maja 2026

Zapomniane zioło

 

Image

Gajowiec żółty spotkałam niedawno podczas spaceru leśną ścieżką. Rósł sobie przy brzegu drogi, tworząc miękkie, zielone kobierce rozświetlone drobnymi żółtymi kwiatami. Wyglądał niepozornie, a jednocześnie bardzo naturalnie — jakby był częścią samego lasu. Szczególnie dobrze czuje się w półcieniu i wilgotnej ziemi, dlatego często można go znaleźć pod drzewami liściastymi.

Kilka dni później zauważyłam go także w swoim ogrodzie. Wyrósł pod grabami, w miejscu chłodnym i zacienionym, gdzie ziemia długo zachowuje wilgoć. To było miłe zaskoczenie — jakby kawałek leśnego spaceru przeniósł się do domu. Gajowiec żółty szybko się rozrasta i tworzy zwarte kępy, dlatego bywa ceniony jako roślina okrywowa do naturalistycznych ogrodów.

Jego łacińska nazwa to Galeobdolon lamium. 

Ma typowy wygląd roślin z gatunku jasnotowatych. Dorasta do 20-60 cm, pod ziemią wytwarza kłącze. Czterokanciaste, wyprostowane łodygi są wewnątrz puste. Sercowate, ząbkowane, lekko owłosione liście przypominają pokrzywę, ale nie parzą.

Choć jest dziką rośliną leśną, potrafi doskonale odnaleźć się także w ogrodzie, szczególnie pod drzewami, takimi jak graby.

Image


G
ajowiec żółty od wieków jest ceniony w zielarstwie jako ziele oczyszczające krew. Liście i kwitnące wierzchołki są jadalne, robi się z nich napary, wywary, nalewki. Najczęściej wykorzystywane przy kaszlu, niedomaganiu śledziony, nerek, pęcherza moczowego, puchlinie osierdzia i problemach ginekologicznych. Gajowiec oczyszcza krew i rozpuszcza złogi, które są przyczyną bólów stawów, ścięgien, podagry. Skuteczny w leczeniu zestarzałych ran i wrzodów, pomocny w wyciąganiu drzazg. Zmiażdżone liście mieszane z odrobiną soli, smalcu i octu, przykładane na obrzęki, twarde guzki, hemoroidy szybko przynoszą ulgę.

Herbatka z kwiatów oczyszcza krew i przewód pokarmowy. Stosowano ją przy problemach trawiennych, wysypach skórnych i zaburzeniach dróg moczowych.

Gajowiec dawniej był znacznie lepiej znany i częściej wykorzystywany w medycynie ludowej niż dziś. Rosnący powszechnie w lasach i zaroślach miał opinię rośliny pomocnej przy wielu schorzeniach.

Z czasem jednak został wyparty przez bardziej popularne zioła, takie jak pokrzywa, rumianek czy melisa. Nie trafił też do głównego nurtu współczesnego zielarstwa, dlatego wiele osób mija go podczas spacerów, nawet nie wiedząc, że to roślina o dawnej tradycji leczniczej. Dodatkowo rośnie zwykle w cieniu, pod drzewami i w leśnym podszyciu — trochę ukryty, niepozorny, łatwy do przeoczenia.

Określenie „zapomniane zioło” ma więc w sobie coś symbolicznego: gajowiec nadal istnieje tuż obok nas, ale jego dawne znaczenie zostało niemal całkowicie zapomniane. Może właśnie dlatego tak dobrze zapamiętuje się moment, kiedy spotyka się go przypadkiem na leśnej ścieżce albo odkrywa pod grabami we własnym ogrodzie.

Image


niedziela, 5 kwietnia 2026

Kwitnące miasto

 Dziś trochę zdjęć z kwitnącego Aberdeen. Właśnie tak o tej porze roku wygląda miasto w którym spędziłam 14 lat:



Image

Image



Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Zdrowych, spokojnych Świąt Wielkanocnych i pięknej wiosny:)


sobota, 28 marca 2026

Wołanie z daleka..

Image

 Przyszła wiosna a ja słyszę wołanie z daleka.. Tak, tak w głowie pojawiają się obrazy z czasów sprzed kilku lat. Od jakiegoś czasu widzę kępę starych olch i słyszę ich wołanie..

Ale od początku:

W dolinie (Szkocja), gdzie mgła spływa miękko z wrzosowych wzgórz, rósł krąg starych olch. Ich pnie były poskręcane jak dłonie starców. Kora ciemna, popękana, a korzenie wchodziły głęboko w wilgotną ziemię nad strumieniem, który szumiał nieustannie – jakby opowiadał historię, którą ja chciałabym usłyszeć.... Mieszkaliśmy na obrzeżach miasta Aberdeen, wystarczyło wyjść z domu i po chwili byłam na łąkach, zagajnikach.  Chodziłam tam często, bez celu, pozwalając ścieżkom prowadzić się. 

Była jednak jedna droga, której długo unikałam.

Wąska, niemal niewidoczna ścieżka odchylała się od głównego traktu i ginęła wśród mokradeł. Zawsze, gdy ją mijałam, czułam coś dziwnego — nie strach, raczej przyciąganie. Jak ciche wołanie, którego nie da się usłyszeć uszami, ale które osiada gdzieś głęboko pod skórą.

Na jej końcu rosły olchy.

Stały w kręgu, stare i powykręcane..

Często tylko patrzyłam na nie  z daleka.

Aż pewnego dnia skręciłam. Pamiętam był to czas pandemii..

Trawy sięgały mi do kolan, ziemia uginała się pod stopami. Każdy krok wydawał się nie tylko ruchem w przestrzeni, ale i w czasie. Kiedy dotarłam do kręgu, poczułam nagłe uspokojenie — jakby coś we mnie wreszcie przestało się opierać.

Usiadłam nad strumieniem.

Woda płynęła spokojnie, odbijając poskręcane sylwetki drzew. Słuchałam. Najpierw tylko szumu — wody, liści, wiatru. Potem zaczęły się wyłaniać inne dźwięki. Głębsze. Starsze. Nie przypominały słów, a jednak coś rozumiałam.

I wtedy to usłyszałam a raczej poczułam..

— Witaj, siostro.

Nie podniosłam głowy. Nie przestraszyłam się. To słowo było zbyt znajome, zbyt miękkie, by mogło należeć do obcego świata. Przeciwnie — miałam wrażenie, że wróciłam w miejsce, które znałam, tylko o nim zapomniałam.

Siedziałam tam długo. Nie wiem jak długo. Czas się rozpuścił, przestał mieć znaczenie.

Kiedy wróciłam na ścieżkę, wiedziałam już, że coś się zmieniło. Nie w miejscu — ono było takie samo — ale we mnie. Potem bardzo często przychodziłam w to miejsce, czułam się tam dobrze..

Minął jakiś czas.

Wyjechałam daleko od Szkocji - do domu:).  Na początku wydawało mi się, że to, co wydarzyło się wtedy, zostawiłam tam — wśród mokradeł, przy tym strumieniu.

Ale wołanie nie zniknęło.

Zaczęłam więc szukać.

Nieświadomie, potem już całkiem świadomie — wypatrywałam olch wszędzie, gdzie byłam. Nad rzekami, przy rowach, na skrajach łąk. Jakbym próbowała odnaleźć coś znajomego.

I znalazłam je.

Tutaj, gdzie teraz mieszkam, też rosną olchy.

Są inne.

Bardziej smukłe, wyższe, ich pnie nie są tak powykręcane, lecz raczej wiotkie, jakby poddawały się wiatrowi zamiast z nim walczyć. Ich kora jest gładsza, mech mniej gęsty, a światło przenika między gałęziami lżej, jakby to miejsce oddychało inaczej.

A jednak są równie piękne.

I równie tajemnicze.

Kiedy stoję między nimi, czuję znajome drżenie — subtelne, ciche. Nie tak głębokie jak tamto, szkockie. Jak echo, które nie próbuje zastąpić źródła, tylko przypomina, że ono istnieje.

Czasem siadam przy nich i zamykam oczy.

Słucham.

Tu nie słyszę słów tak wyraźnie jak wtedy. Nie ma głosu, który mówi „witaj”. Jest raczej coś delikatniejszego — jakby dotyk na granicy świadomości. Jakby ktoś patrzył, ale bez oczekiwań.

I wtedy rozumiem jeszcze coś.

To nie chodziło tylko o tamto miejsce.

Olchy są jak przejścia.

Różne, zmienne, zakorzenione w innych ziemiach, ale połączone czymś głębszym niż krajobraz. Każda z nich niesie inny ton tej samej opowieści.

A ja…

ja wciąż ją słyszę.

Nawet tutaj.

Zwłaszcza tutaj.

Bo choć krąg ze Szkocji był początkiem, to wołanie nie należy do jednego miejsca.

Ono po prostu znalazło mnie.

I wciąż, cicho, cierpliwie, przypomina:

— Witaj, siostro.

Dzisiaj byłam wśród „moich” tutejszych olch, czuję do nich wielki sentyment..

Image


 Mam dużo zdjęć z olchowego kręgu - ale muszę je odszukać.. Kiedyś się nimi podzielę:)

poniedziałek, 19 stycznia 2026

Spacer, powroty, wspomnienia...

 

Image

Niedzielny spacer zaczął się zwyczajnie, a jednak od pierwszych kroków czułam, że ten dzień zostanie ze mną na długo. Styczeń bywa kapryśny, lecz tym razem obdarzył świat niezwykłą łaską: słońce wisiało wysoko nad horyzontem, a niebo było czyste i błękitne.

Szlak prowadził przez Dębowe Wzgórza. Prosta ścieżka ciągnęła się przed nami spokojnie, po jednej stronie otwierał się las, cichy i pełen zimowego światła, po drugiej zaś stroma skarpa, porośnięta starymi dębami, których pnie pamiętały więcej lat, niż potrafiłabym policzyć. Gałęzie rysowały na niebie delikatne, ciemne linie, jak zapis dawnej opowieści.

Image

Image

Image

Image

Image


To jest ścieżka znana mi od dzieciństwa. Każdy zakręt, każdy kamień budzi wspomnienia: szybkie kroki sprzed lat, śmiech niesiony echem, ciepło dłoni, które kiedyś prowadziły mnie tą drogą. Nostalgia przyszła cicho, ale nie była smutna. Przyniosła raczej łagodną radość i zadumę, jakby czas na chwilę pozwolił mi zajrzeć do własnej przeszłości bez żalu.

Image

Image

Image


Im bliżej końca ścieżki, tym wyraźniej czułam znajome oczekiwanie. I wreszcie pojawił się on — piękny, rozłożysty dąb Jarosław. Stał dumnie na skraju wzgórza, szeroko rozkładając konary, jakby witał każdego, kto tu docierał. Słońce przesączało się przez jego gałęzie, złocąc korę i trawę u stóp.

Image

Image

Image

Image

Image

Zatrzymałam się na chwilę w ciszy. W tym jednym miejscu spotkały się wszystkie czasy: dzieciństwo, dorosłość i ta spokojna niedziela stycznia. I pomyślałam, że są takie ścieżki, które prowadzą nie tylko przez las i wzgórza, lecz także w głąb samego siebie.

Właśnie ta ścieżka jest czymś więcej niż tylko drogą między lasem a skarpą.

Bo kiedy szłam nią tego styczniowego dnia, nie byłam sama. Obok mnie szły cienie dawnych kroków  mojej Mamy, cichy ślad jej obecności. Ten sam błękit nieba, to samo słońce mogło kiedyś ogrzewać jej twarz. Te same dęby mogły szumieć nad jej myślami, gdy tędy spacerowała, może zamyślona, może uśmiechnięta, może niosąca w sercu troski i nadzieje, których nigdy do końca nie poznałam.

Ścieżka zna nas obie. Pamięta rozmowy i milczenie. Dlatego to miejsce jest magiczne.

Kiedy stanęłam przy dębie Jarosławie, czas znów na chwilę się zatrzymał. Jakby drzewo było strażnikiem wspomnień, łącznikiem między pokoleniami. W jego szerokich konarach mogłam odnaleźć nie tylko własne dzieciństwo, lecz także cząstkę życia mojej Mamy — jej ślady, jej obecność, jej czułość ukrytą w ciszy.

I może właśnie w tym tkwi prawdziwa magia tego miejsca: że pozwala na spotkanie z tymi, którzy są już tylko wspomnieniem..

  I chociaż opuściłam to miejsce na długo, zawsze gdzieś w głębi serca wiedziałam, że tu wrócę. Życie prowadziło mnie daleko, w inne miasta, w inne sprawy, w dni pełne pośpiechu i decyzji, które nie zostawiały miejsca na wspomnienia. A jednak, ilekroć zamykałam oczy, widziałam tę prostą ścieżkę, dębowe wzgórza i jasne niebo nad skarpą.

Nie wraca się tu przypadkiem. Do takich miejsc wraca się wtedy, gdy człowiek jest gotów znów spotkać samego siebie. Gdy chce posłuchać ciszy, w której wciąż brzmi głos Mamy, i odnaleźć w niej odpowiedzi, których nie da się znaleźć nigdzie indziej.

Każdy krok był powrotem — nie tylko do krajobrazu, lecz do tamtej dziewczynki, która biegła tą drogą bez trosk, i do kobiety, którą dziś jestem. I nagle zrozumiałam, że choć czas zabiera ludzi i zmienia wszystko, są miejsca, które czekają cierpliwie. Dąb Jarosław wciąż stoi na końcu ścieżki. Tak samo rozłożysty, tak samo spokojny. Jakby mówił bez słów: „Wiedziałem, że wrócisz”.

I wtedy poczułam, że niektóre powroty są zapisane w sercu na długo przed tym, nim się wydarzą.

Ps. Nazwy: Dębowe Wzgórza, dąb Jarosław powstały gdy zaczęła się moja fascynacja Anią z Zielonego Wzgórza:) Nie ma ich na mapie, są znane tylko moim najbliższym:)) 

piątek, 31 października 2025

Jesienny zachód – chwila pomiędzy dniem a zmierzchem

 

Image

Jesień w mojej okolicy ma w sobie coś magicznego. To czas, gdy świat zwalnia, a przyroda otula się miękkimi barwami złota, czerwieni i miedzi. Dziś, będąc na spacerze, patrzyłam, jak słońce powoli chowa się za linią grzbietów. Niebo płonęło — najpierw bursztynowym światłem, potem łagodnym różem, aż w końcu zgasło w głębokim fiolecie.

To ten moment — cienka granica między dniem a zmierzchem — kiedy wszystko zdaje się zatrzymać. Powietrze staje się chłodne i przejrzyste, a ostatnie promienie słońca muskają szczyty niczym pożegnanie. Cisza gór nabiera wtedy głębi, a serce — dziwnego spokoju.

Image


Patrząc na ten krajobraz, trudno nie pomyśleć, że to od nas zależy, jak chcemy żyć. Czy potrafimy dostrzec rytm natury i iść z nim w zgodzie — czy wciąż pędzimy do przodu, goniąc za czymś, co być może wcale nie daje nam ukojenia. Jesień przypomina, że w prostocie i ciszy jest siła. Że światło ustępujące nocy nie znika, tylko zmienia barwy.

I że czasem warto się zatrzymać — tak jak słońce nad górami — by naprawdę zobaczyć, jak piękny jest świat tu i teraz.

Image

Image