Ach, częściowo rozmową z Teatralną, a bardziej wczorajszy wpis Dehnela zachęcił mnie do zagadania o czymś, o czym nie piszę, choć dzieje się cały czas. Pisarz m.in z grubsza nakreślił czym jest antysemityzm (równie dobrze opis ten mógłby służyć jako zawężenie dla antypolonizmu czy rasizmu); antysemityzm ...
Jest bardzo konkretnym poglądem: że ludzie mający jakąś etniczność/narodowość są immanentnie gorsi (fizycznie, etycznie, itd.), przy czym chodzi o niezbywalną esencję, a nie np. o kwestie kulturowe (które się zmieniają historycznie i społecznie – wszyscy się zapewne zgodzimy, że Polacy za PRLu mieli większą skłonność do dawania i brania łapówek, niż obecnie, ale nie jest to „cecha narodowa” czy, tym bardziej, niezbywalna cecha leżąca „we krwi”)
U Teatru napisałam w komentarzu mniej więcej:
Krytykowanie rządu Netanyahu nie jest antysemityzmem, to ocena zjawiska, do czego każdy ma prawo. Ale jednak uważam, że poparcie dla Palestyny wśród bardzo młodych ludzi (oraz wśród paru starych bab ;)) za często jest nową odmianą odziedziczonego antysemityzmu. Palestyńczycy są muzułmanami, jednak fiksacja muzułmańska jest w Polsce nadal słabsza od fiksacji żydowskiej i w tym przypadku niektórzy zapominają, jakiego wyznania w większości są Palestyńczycy, bo tak jest im wygodnie (w innym kontekście zapominają, że Jezus był Żydem, bo też tak jest im wygodnie). Jest to bardzo ciekawe zjawisko. Możesz zobaczyć więc jak ktoś w jednym poście łka nad dzieciątkami z Palestyny, a w drugim żąda, aby natychmiast wydalono z Europy te muzułmańskie wszy :)
Jest więc tak, że nienawidząc zarówno Żydów jak i muzułmanów, najpierw używa się tych drugich, żeby zaatakować tych pierwszych, a tych drugich atakuje się już z definicji ... bo przecież "Islam zalewa Europę".
Podobnie jak ludzie nie rozróżniają rasizmu od uzasadnionej krytyki zjawisk (i żyją w przekonaniu, że nie są rasistami, choć klną na jakieś czarne bydło, robactwo roznoszące choroby i przemoc, mocno przekraczając dopuszczalne w tekstach reguły hiberbolizowania i kręcenia dramy dla rozrywki), nie rozróżniają antysemityzmu od uzasadnionej krytyki. Izrael atakujący Palestynę ze względu na to jak ją atakuje, stoi w tym konflikcie (podobnie jak USA) po ciemnej stronie mocy. Ale to nie znaczy, że Shoa się nie wydarzyło, to nie znaczy, że Żydzi mają małe, złe oczka, garbaty nos i "ja zawsze wiedziałam, że nie można im ufać". Zdaję sobie sprawę, że jako gatunek mamy wrodzoną skłonność do syntezy, a co za tym idzie uogólniania rzeczywistości do prostych haseł (każdy tak ma, tylko może w różnych tematach, ja np. mam bardzo radykalne wyobrażenie o grupie kiboli; mam też zestaw ogólnych haseł, epitetów czy powiedzeń, które czasami przenikają do moich postów i które ze względu na powtarzalność traktuję jak starych znajomych; ci moi lingwistyczni znajomi mogą jednak brzmieć dla postronnych źle, zbyt ostro). Czy rasizm albo antysemityzm mają rozmyte definicje? Raczej nie. Powiedziałabym, że zgodnie z ludzką skłonnością do upraszczania, są one dość precyzyjne i logiczne. Owszem, możemy granice definicji rozmywać, świadomie lub nie, gdy nie podoba się nam przeczucie, że może właśnie wpadamy do brzydkiego wora.
Istnieją Żydzi, wyobraźta sobie ludzie, którzy nie zgadzają się z polityką Netanyahu, nie popierają ataków, uważają, że cała ta wojna jest wielkim błędem (znowu "cała ta wojna" to duży skrót myślowy, konfliktów jest kilka, mam tu na myśli przemoc w Strefie Gazy oraz ostatni atak na Iran). Wydaje się też, że działa tu czynnik oddalenia. Żydzi w USA statystycznie rzadziej popierają wojnę w porównaniu z Żydami, mieszkańcami Izraela, którzy obserwują pewne sytuacje na miejscu (oraz mają mocny fundament w nacjonalizmie wsączanym na etapie szkolnym). Nic nie jest proste.