Strony

piątek, 17 lipca 2026

3034. Upał.

Trudno jest spać, duszno, łeb pełen nie do końca uzasadnionej ekscytacji. Okazało się rano, że mama nie idzie dzisiaj do pracy, bo towarzyszy tatce w peregrynacji do chirurga. 

Wyjechaliśmy z Kochanym do miasta tylko na trzy godziny. Pogoda była naprawdę nieznośna, gorąco tak, że ledwo dowlokłam się do Kota. Przed drugą przenieśliśmy się z kawiarni do fryzjera, tutaj szybko poszło, oboje mamy w tym temacie program minimum (kto twierdzi, że sama mogłabym sobie obcinać minigrzyweczkę, żeby w ten sposób zaoszczędzić pinionszki, myli się — nie mogłabym). Z zajebistymi fryzurami pojechaliśmy na obiad do chińczyka, który tak naprawdę jest Wietnamczykiem. Reszta dnia: zaleganie przed tv i wiatrakiem, burza, deszcz.

Nie czytam książek, za to skanuję półki w poszukiwaniu, co by tu jeszcze świsnąć do walizki (na razie wydłubałam peerelowskie wydanie Egipcjanina Sinuhe). Zerkamy z Kochanym na Straszny film (2000).

czwartek, 16 lipca 2026

3033. Dzień siódmy.

Od wczesnego rana nad Miasteczkiem wisiała mgła. Po sąsiedzku kupiłam w owadzie świeże bułki (orkiszowe, pyszne), po wymeldowaniu się z pałacu około wpół do dziesiątej zajrzeliśmy do sklepu jeszcze raz (tym razem podjechaliśmy), żeby kupić wkłady do zniczy. Przez resztę dnia bardzo sobie gratulowałam, że założyłam dzisiaj lniane spodnie i takiż top, bo temperatura rosła z godziny na godzinę. Mieliśmy zamiar odwiedzić cmentarz, ale początkowo nie dało się tego uczynić od żadnej mańki, droga była zamknięta, z oddali dobiegał nas dźwięk pił. Za to podjechaliśmy do pałacu Lenno na kawę i ciastko, następnie wpadliśmy do cioci Re, który powitała nas następną kawą i ciastkiem :) Wyszliśmy na spacer dookoła komina spotykając przy kościele Annę i Krzysztofa z Lubomierza. Po gawędzie historyczno-obyczajowej poszliśmy nad Bóbr — niestety, rzeka wyglądała bardzo źle, w takich warunkach odwiedzanie zapory miało jeszcze mniej sensu, woda mulista, aż serce boli. Wróciliśmy do cioci w porze wczesnoobiadowej i zostaliśmy wypchani po korek domowym spaghetti. Dopiero po obiedzie, gdy byliśmy już na wylocie, udało się nam dostać na cmentarz; Kochany zapalił znicze na kilku rodzinnych grobach oraz na grobie dawnego znajomego dzięki któremu mąż odnowił kontakt z Perlistym.

Kochany miał w planach spotkanie z przynajmniej dwiema osobami, ale choć przejeżdżaliśmy obok domu Miłej, a mąż zadzwonił do Zbynia, nic z tego nie wypaliło.

Resztę dnia spędziliśmy w podróży, najpierw szukając chłodu i cienia w Jeleniej. Kochany zaparkował pod Nowym Rynkiem, łaziliśmy tam w kółko po dwóch księgarniach (szukałam Baranowskiego Na co dybie w wielorybie czubek nosa Eskimosa i trylogii husyckiej Sapkowskiego), zjedliśmy lody u Sowy, ostrożnie wychynęliśmy w kierunku starego Rynku, żeby w końcu wylądować w Aroma Cafe. W drodze do rodzinnej wsi zatrzymaliśmy się jeszcze na MOP-ie Jawor Wschód, tylko na tyle, żeby się wesprzeć hot dogami. W domu rodziców po dziewiątej.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

środa, 15 lipca 2026

3032. Dzień szósty.

O czwartej nad ranem obudził mnie silny deszcz, burza z piorunami, musiałam wstać, żeby zamknąć okno; okazało się później, że nikt oprócz mnie tego zjawiska przyrodniczego nie zarejestrował. Może więc jestem zającem pod miedzą z okiem zawsze gotowym do otwarcia. 

Środa była znacznie wolniejsza w porównaniu z ostatnimi dwoma dniami. Mieliśmy z Agniechą pogadankę poranną, poczem, wyturlawszy się i wydrapawszy się po leniwych brzuszkach, o jedenastej wyjechaliśmy we troje do Jeleniej na brunch w to samo miejsce Januszowe, co w poniedziałek (wcześniej zajrzeliśmy do pałacu w Miasteczku, żeby odebrać klucz od pokoju i mieć z głowy martwienie się, czy zdążymy na czas; Janusza brak, za to pierogi z jagodami tak samo dobre). Po udanym posiłku podjechaliśmy do pałacu w Pakoszowie na kawę (statysta postanowił kosić trawnik centralnie przed nami, poor devil). Był jeszcze przystanek w Kopańcu, oraz widok spod dawnego Förstelbaude w Gierczynie (ośrodek odrestaurowany dość festyniarsko, w stylu hotelu dla nowej-klasy-średniej).

Po tych podróżach lokalnych, o piątej byliśmy ponownie w zakątku Agniechowym tchnącym zenkiem. Obejrzeliśmy umocnienia przeciwpowodziowe, napiliśmy się zielonej herbaty, pogadaliśmy, zapuściłam ciekawskiego żurawia do prywatnego siedliska i dostałam w prezencie książkę oraz poradę w jakiej kolejności czytać historię wiedźmińską.

W Miasteczku pojawiliśmy się o ósmej; pałac wydawał się zupełnie opuszczony, ale mieliśmy kod do budynku i klucze do pokoju (znowu, tak jak w 2021, gdy byliśmy tutaj z tatką, urzędujemy pod jedynką), więc brak ludzi i duchów w niczym nam nie przeszkadzał. Rozpakowaliśmy lary i penaty, odbyłam krótką rozmowę z mamą (oberwanie chmury i lokalne podtopienia w Tcy), i wyjechaliśmy za rzekę. Ciocia Re była zaskoczona, przyjęła nas jednak miło, mogliśmy w jej lodówce zdeponować zapasy kiełby, strzeliliśmy po herbatce, zerknęliśmy na mecz Anglia-Argentyna, i wyszliśmy w ciemniejące miasto.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

wtorek, 14 lipca 2026

3031. Dzień piąty.

Chodził lisek koło drogi, Fred go widział o poranku, jednak dokumentacji fotograficznej na ten temat brak ;) Poranek był za to we troje + wędlina (wczoraj po wizycie w Skradli Widelce Kochany nakupił prowiantu od znajomego Janusza; Agniecha zajęta, więc i my postanowiliśmy się zająć). Po śniadaniu wyjechaliśmy zaobserwować okoliczności przyrody: woda mineralna i kawa były pite w Świeradowie Zdroju (woda absolutnie w deskę, mąż kupił dwie butelki dla rodziców; na horyzoncie granatowa chmura; dopiero wieczorem zorientowaliśmy się, że nad Jelenią przeszła nawałnica, a my przez cały dzień unikaliśmy deszczu jak Yosarrian ostrzału artylerii przeciwlotniczej) → na zamku Czocha obeszliśmy dziedziniec (w środku policyjne szyszki miały jakieś spotkanie branżowe) → kluski śląskie zostały zjedzone w Lubomierzu (restauracja w kątku placu Wolności, popiłam obiad wodą mineralną o nazwie Wysowianka, zachwyt powszechny) → w Pławnej oblukaliśmy twory Milińskiego → w pałacu Lenno zjadłam sernik z widokiem na Karkonosze → na zamku kupiłam przypinkę z duchem gór, gdy panowie wspinali się na wieżę. Towarzyszyła nam dziwna, duszna pogoda, kręcące się tu i tam zachmurzenie.

Lecieliśmy zygzakiem mijając grykę jak śnieg białą (gryka towarzyszy nam od wczoraj, nie wiem, o co chodzi, widzę ją wszędzie), PoE trza było w końcu ruszać do domu, pojechaliśmy więc z nim do Bolesławca  i rozglądania się po okolicy było najwyraźniej za dużo, bo ... spóźniliśmy się na pociąg. Poczekaliśmy z PoE na przelotową Saxonię; było machanie rączętami, było trącanie się doopkami. W drodze powrotnej do Agniechy zatrzymaliśmy się w Bolesławcu tylko na chwilę w celu zrobienia zakupów spożywczych w owadzie. U Agniechy jedzenie i pogaduchy bez Agniechy. Kochany zadzwonił do pana Krzysia, zamówił nocleg na jutro w Miasteczku.

Image

Image

Image

Image

Image

poniedziałek, 13 lipca 2026

3030. Dzień czwarty.

Pobudka była wczesna, piąta rano, na szczęście rodzice mają zwyczaj bardzo wcześnie budzić się do pracy, więc im nasza ekstraporanna eskapada nie przeszkadzała. Musieliśmy być kwadrans po ósmej na Nadodrzu, żeby z dworca kolejowego odebrać Pana Od Espresso. Wszyscy mamy wolny rozruch, koty jedzą śniadanie najszybciej.

Wyjechaliśmy z domu przed rodzicami. Asnyk wiozący PoE był trochę spóźniony, mogłam podziwiać przedwojenny dworzec ulegający entropii oraz zauważyć, że ogłoszenia są w trzech językach: polskim, angielskim i ukraińskim, bo takie są czasy. Lubię pociągi. Po przywitaniu z PoE cisnęliśmy dalej. Najpierw El Gato na Gubińskiej, następnie podróż do Jeleniej i brunch w Skradli Widelce (maciupka sytuacja, dosiedliśmy się do Lesława z rodziną, pierogi z jagodami boskie) → spacer Jelenią (→ bazylika mniejsza Erazma i Pankracego → napitki w Aroma Cafe → mijanka z cerkwią Piotra i Pawła → krótka wizyta w kościele garnizonowym, co łaska 5 złotych). GPS w telefonie i skręt w ściernisko. O miejscu Agniechy nie miałam wyobrażenia, dałam się zaskoczyć z wielką przyjemnością. Łąka za płotem śpiewa. Ciepło bardzo.

Image

Image

Image

Image

Image

niedziela, 12 lipca 2026

3029. Dzień trzeci.

Dzień zaczęłam od umycia włosów, coś mi przeskoczyło w plecach przy tej okazji, na szczęście rozeszło się po kościach. Rosół domowy, niespodziewana drzemka, obiad o drugiej, wyjazd do Tcy (Kot, bazylika przed mszą, park, Markiza); przez całą niedzielę zbierało się na deszcz i w końcu się zebrało, akurat w czasie, gdy na powrót byliśmy na wsi. Ploty o szkole przy kanapeczkach wieczornych. Poirot 4.03. & 5.01 (nadal zerkam). Spokojny dzień, nadrobiałam ostatnie niedospania, pozbierałam myśli, jutro lecim dalej, bardzo dobrze :)

Image

Image

Image

Image

Image

Image

sobota, 11 lipca 2026

3028. Sobota we Wro.

Spóźniłyśmy się na szynobus, potem wysiadłyśmy z tramwaju nr 18 nie na tym przystanku co trzeba, ale poza tym sztos. Byłyśmy we Wro przed otwarciem muzeum narodowego, więc najpierw archikatedra. Następnie muzealna kawiarnia (ja-go-dzian-ka!!) i muzeum też (fotografowanie piesków i kotków) → spacer i grecka restauracja w Rynku → sklep z minerałami w którym kupiłam bransoletkę z akwamarynami → kawa w Cherubinowym Wędrowcu i lody dla mamy → na szybko katedra Marii Magdaleny → tramwaj nr 6 → gołębie w parku Staszica. W tym czasie Kochany wędrował z tatką po suszarni i kawiarni w Tcy. Spotkaliśmy się wszyscy o piątej, gdy minibusem wróciłyśmy ze stolycy do miasta powiatowego. Siedzieliśmy chwilę pod nowymi tężniami.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

W domu opycham się ciastem, robię z mamą kanapeczki, zajadam, wieczorem gapię się na trzeci sezon Poirota (8, 9 i 10). Nieróbstwo i hedonizm, własna banieczka. Są, owszem, jakieś przeszkadzajki niewielkie, np. z rana widzę, że nie widzę, kamerka w Kuchniosalonie nie działa, ale na szczęście to jakaś bzdurousterka. Nóżki mnie bolą, mam spuchniętą i siną kostkę palca wskazującego lewej dłoni, oraz bardzo jestem zadowolona.

piątek, 10 lipca 2026

3027. Dzień pierwszy.

Zasnęłam po trzeciej (dobrze było zobaczyć drzewa te same, gwiazdy nad drzewami, mrok za płotem), obudziłam się około siódmej i już nie mogłam spać, natłok myśli. Zaraz wypróbowałam, czy na emailu pracowniczym działa mi automatyczna odpowiedź (cholera, nie działa). Musiałam wstać i się zmęczyć jeszcze bardziej, nie było innej rady, więc wyciągnęłam mężowskiego laptopa (zostawiłam mój w domu), zaczęłam uzupełniać wpisy blogowe, porządkować myśli.

Prezencik mężowski odpakowany z rana:

Image

Bo rodzicom Fred wręczył prezenta już o trzeciej rano. 

Ruchy jak zwykle wolne, domowe. Poczekałam, aż Kochany obudzi się, zje śniadanie, o pierwszej wyruszyliśmy do Tcy. Kot, Rossman, krótki wypad do fryzjera, żeby się umówić na później (jakoś nie wiem sama ... przestaję lubić to miejsce, coś jest z paniami, jakieś coś off). Siedliśmy pod bazyliką, akurat odbywał się ślub, więc nie weszliśmy do środka. Powrót na wieś po telefonie od mamy, że już jadą w tamtym kierunku. Obiad, fragmenty Midsomer Murders z sezonu 22, spacer z mamą na cmentarz, chill, robienie kanapek, kolacja i dyskusje o historii.

Wieści z domu: stabilnie, choć Hana wpuściła gościa od kuchenki, co jest irytujące, bo prosiliśmy ją o coś przeciwnego. Well. Padam. Na jutro są plany.

Image

Image

Image

Image

Image

Postscriptum #3026.

Gdzie to ja byłam? Padłam na ryjek. Wyczerpujący był ten dzień przemieszczenia, dla męża również. Kochany tak się zapamiętał w kontakcie z Haną, nadziei, że pokaże jej jak w Irlandii jeździć samochodem, i tak dalej, że zapomniał zjeść obiad i stawił się do podróży głodny. W autobusie gorąco, na lotnisku tłumy, walizka do rejestracji okazała się o 2 kg za ciężka, kolejka przy kontroli głośna i frustrująca. Obserwowałam twarz Freda i stwierdziłam, że muszę go wyprzedzić i kupić coś do jedzenia na cito, żeby mi mąż nie padł. Kochany zjawił się, gdy byłam już obkupiona w Marqette, słabujący, ale pachnący Armanim za 300 juro ;)

Image

Na szczęście nie musieliśmy się dławić kanapkami, odlot był opóźniony o dwadzieścia minut, w sam raz, żeby skończyć prowizoryczny posiłek i cisnąć dalej. Sam lot bez wydarzeń, żadnych turbulencji, znużona ciepłem kiwałam się na siedzeniu przy przejściu (Kochany siedział z drugiej strony, trzy rzędy przede mną). Przed podróżą w ostatniej chwili ściągnęłam na czytnik Intermezzo Sally Rooney, ale lektura szła mi słabo (widać, że w tym tygodniu łeb mi się rozszczelniał, bo zapomniałam zapisać, że Okruchy dnia skończyłam słuchać na początku tego tygodnia, w poniedziałek lub wtorek rano; jeszcze gorzej, że dopiero w czasie lotu napisałam po dużej przerwie do Agniechy, przepraszam).

Przylecieliśmy może z dziesięć minut po przewidzianym czasie, ale cóż z tego, skoro odbiór bagażu rozlazł się na piątek — czekaliśmy godzinę! a rodzice z nami. Czyli przywitanie było przed pierwszą czasu lokalnego, Kochany wymienił tatkę za kierownicą i heja, nad nami Wielki Wóz i ostry sierp lipcowego księżyca.

czwartek, 9 lipca 2026

3026. W drodze.

Dzień zapowiada się na nieco chłodniejszy. Kochany podwiózł mnie z El Paso do biura i wrócił do myszy. W biurze znowu są  chwilowe przerwy w połączeniach z Internetem, ale zrewidowałam swoje ambitne pomysły na dzisiaj, więc luz.

Już zaszłam do Czarnej po śniadanie, odprawiłam nas w apce i zdążyłam się zirytować grzebakami — po raz kolejny fachowcy przyszli bez uprzedniej informacji, czy próby kontaktu. Kochany ich wyprosił. Trudno.
___
edit 14:10 pięknie się zrobiło. Grzeje (chłodniejszy dzień jednak ma wolne). Kochany przywiózł mi trampki na podmiankę starych sandałków w których wczoraj wyszłam z głupia frant z domu. Zaszłam do Pe, żeby im zostawić plakat, przy okazji odkryłam, że w końcu pojawiły się wypieki, w tym pyszne croissanty, inne w smaku niż te z Czarnej. Wcześniej wpadła szefowa, przyniosła oryginały rachunków, powiedziała, że mogę wyjść wcześniej skoro jestem w trybie wędrownym. Ok. Jeszcze lunch, dokupienie kremu z filtrem, bo się kończy.
___
edit 16:10 oh my gowd, roztapiam się. Pewnie z tego nieznośnego przegrzania nieomal zjadłam lunch w Il Forno: weszłam, rozsiadłam się, przestudiowałam menu i otrzeźwiałam. Poszłam na drugi koniec ulicy, do Simony. Zacne miejsce, minestrone i bruschetta. Zamknęłam biuro na dobre, kupiłam w Bootsie krem z filtrem na zapas i doczłapałam do dworca. Kochany już w autobusie.
___
edit 02:50 czasu lokalnego, w łóżku, pod gigantyczną kołdrą. Padam na ryjek, czyli o tem potem.

środa, 8 lipca 2026

3025. Zapodziana.

Sypialnia u przyjaciół nieznośnie przegrzana, dopiero nad ranem zrobiło się jako tako przyjemnie. Wypiłam tylko zieloną herbatę, na śniadanie poszłam dopiero w Drołdzie (irlandzkie wege w 38).

Kiedy w końcu wróciliśmy do domu (czekałam na Kochanego, który oprowadzał Hanę po Dublinie) panowie grzebiący otynkowali sporą część ściany. 

Na wszystko za mało czasu, czyli miałam pozbierać myśli, ale znowu czegoś zapomniałam. Patataj patataj ... dojechaliśmy do El Paso, potem o dziesiątej wysłaliśmy Hanę do wsi autobusem. Nie wzięłam trampów, ani maszynki do usuwania włosia, zapomniałam zrzucić wypożyczoną książkę do czytnika, kupiliśmy ciasta w Termin i cóż, zapomniałam zjeść ... po prostu same fejle. Na dodatek mam tylko telefon, nie chce mi się ściubić na blogu dłuższych tekstów ... aaarggh. Jeszcze się nie odprawiłam. Jutro futro.

wtorek, 7 lipca 2026

3024. Upał.

Dzisiaj byłam lepiej przygotowana: sandały, lniane spodnie. W biurze prawie skończyłam papierologię. Wracając z Tesco natknęłam się na Benka, usiedliśmy przed Czarną przy kawie. 

Grzebacze psujący nam ogródek pojawili się później, za to Kochany napuścił na nich Katlin. 

Podróż autobusem w tym upale ... no no. Wysiadłam na wcześniejszym przystanku, żeby kupić coś na obiad, po czym doczłapałam do domu i spokojnie zbierałam się do przywitania gościa (o piątej ekipa remontowa nadal kręciła się po osiedlu!). Dostałam odpowiedź na moją skargę dotyczącą barbarzyńców remontowych, nawet nie przeczytałam jej jeszcze do końca.

Opiekunka do kotów przyleciała. Ogarnięta dziewczyna, albo takie sprawia wrażenie. Zjedliśmy obiad, pokazaliśmy wszystko, co się należy, wyszliśmy z kotami na spacer (przedstawiłam ją Anne; rozmówiłyśmy się z sąsiadką na temat ulubionych rodzajów jabłek) i pora była nam spadać do przyjaciół.

Nota bene, nowy sąsiad (nawet jeszcze nie dostał kluczy) już ściął się z Katlin. Uuuuu ...

O dziewiątej musieliśmy jechać; w mieście herbata, rozmowa z Jot o wymarzonym zawodzie, prysznic (Kochany nadal na parterze ogląda z gospodarzami mecz, Szwajcaria - Kolumbia), powoli zwijam się w kokon, za oknem na horyzoncie czerwona poświata, szum miasta.

poniedziałek, 6 lipca 2026

3023. Na prostej.

Już mi chyba zaczyna działać Reisefieber, w nocy budziłam się bez sensu z obawą czy kawa o jedenastej nie koliduje mi z jakimś zmyślonym spotkaniem o tejże samej godzinie. Znaczy, glitch się pojawia, natłok myśli. Musiałam dzisiaj jeszcze zajrzeć do weta, dopytać, czy umowa roczna na pewno wygasła, bo nie dostałam żadnej wiadomości. Trzeba będzie dziewczyny ubezpieczyć zdrowotnie, ale to po wakacjach, na razie zarezerwowałam im termin szczepienia. 

Image

Miłe spotkanie w środku pracy, potem spacer zakończony odkryciem muralu (jego końcówki raczej — szłam wzdłuż dobrze znanej mi ściany, która podobno jest zamalowana czymś ciekawym, byłam jednak tak skupiona na własnych myślach, że zauważyłam tylko zimorodka, zrobiłam mu zdjęcie, i poszłam dalej; dopiero, gdy w domu zaczęłam dochodzić, kto jest autorem, uświadomiłam sobie, że Friz zamalowała całą ścianę, a nie tylko sfotografowany kawałek; trzeba to jutro sprawdzić).

Image

Po pracy czekały na mnie brudny blat kuchenny i stosy ubrań w sypialni do przemieszczenia. Ale przede wszystkim obiad zrobiony przez męża i spacer z dziewuszkami. Dzień ciepły zaskakująco (byłam nieodpowiednio ubrana), wieczór przyjemny (chwilę stałam z Anne przed jej domem). Jeszcze trzy dni i kilka papierów ...

niedziela, 5 lipca 2026

3022. Pakowanie.

Nasze koteczki są jedyne w swoim rodzaju. Bronka ma już spojrzenie dorosłej damy, z chudej łasiczki zmieniła się nie wiedzieć kiedy w zwartego kota. Maniuśka za to ciągle robi miny małego głuptasa. Dzisiaj były noski z lokatorką Anne — tylko Mania się odważyła, ze strony Bronki było wrogie zainteresowanie.

Jesteśmy jedną nogą w podróży. Wykaraskaliśmy z szafy dużą walizkę, sprawdzamy prognozy pogody. Nie mieliśmy dzisiaj w planach obiadu poza domem, ale Ka zapytał, czy zamierzamy wpaść do suszarni i się okazało, że zamierzamy ;) Spotkaliśmy się z przyjaciółmi i narybkiem, potem jeszcze zajechaliśmy do nich na kawę i ciastko, ogólnie od drugiej do piątej byliśmy poza domem, potem trzeba było wyjść z koteczkami i tak jakoś szybko się ta niedziela rozlazła po kościach. Grzebanie w ciasnych szafach sprzyja odkryciom, wydłubuję rzeczy o których zapomniałam, że je mam. Kochany już odetchnął, z Haną jest normalna rozmowa organizacyjna. Wyjaśniła się też kwestia noclegu poza domem na czas, gdy małą przestrzeń będziemy musieli dzielić z gościnią (będziemy chwilowymi miastowymi, przyjemna sytuacja). Ziew. Jeszcze gadamy, ale pora spać.

sobota, 4 lipca 2026

3021. Tuż przed ósmą ...

... głosy w ogrodzie ... tego się nie spodziewaliśmy, panowie wrócili dokończyć robotę. Drużyna migrantów chyba rzeczywiście pracuje na akord. Przygotowanie trwało pół godziny, ale w końcu nie było zmiłuj, zaczął się łomot.

Po dobrym śniadaniu, która jam to, nie chwaląc się, uczyniła, poprosiłam męża o podróż kawową. Pojechaliśmy do El Paso, do ulubionej kawiarni oraz na spacer naokoło komina, około pierwszej byliśmy z powrotem w domu. I właśnie tak już wracając do samochodu nagle postanowiłam, że porzucam książkę Tak blisko, tak daleko Krzysztof Potaczały (Prószyński i s-ka, 2022). Wspomniałam wczoraj, że czytam trzy rzeczy o trudnej tematyce, ta była jedyną przy okazji irytującą, z jakąś zadrą niedefiniowalną. Może to jedna z książek, które mogą być tylko papierowe. Poszukując audiobooka na podmiankę, znalazłam Okruchy dnia Ishiguro, znowu z Gosztyłą. Doskonale.

Styropianowcy pozbierali się szybciej niż wczoraj (po czasie odkryliśmy, że dziady leniwe znowu coś rozdeptały). Przetarliśmy kuchnię z kurzów i smrodków, podłączyliśmy nowy kabel do kamery. Działa! Przy tej okazji obgadywaliśmy potencjalne pogarszanie się sąsiedztwa. Domkiem po Annie jest zainteresowany jakiś facet. Wiadomo, że ktoś musi mieszkać, ale ten przyjeżdża pod dom codziennie, jakby miał coś z głową (Katlin zaniepokojona podzieliła się informacją, że w poprzedniej lokalizacji pan ten miał konflikt z sąsiadem). Poza tym u Ivy bywają dziwni ludzie. Hm.

Samochód już jest u rodziców. Stu przyjechał i pojechał, na styk, ale się udało. Teraz tylko nas brakuje do kolekcji. 

Wieczór spędziliśmy na dwugodzinnych Okruchach dnia Ivory'ego (1993). Kochanemu się podobało.