O czwartej nad ranem obudził mnie silny deszcz, burza z piorunami, musiałam wstać, żeby zamknąć okno; okazało się później, że nikt oprócz mnie tego zjawiska przyrodniczego nie zarejestrował. Może więc jestem zającem pod miedzą z okiem zawsze gotowym do otwarcia.
Środa była znacznie wolniejsza w porównaniu z ostatnimi dwoma dniami. Mieliśmy z Agniechą pogadankę poranną, poczem, wyturlawszy się i wydrapawszy się po leniwych brzuszkach, o jedenastej wyjechaliśmy we troje do Jeleniej na brunch w to samo miejsce Januszowe, co w poniedziałek (wcześniej zajrzeliśmy do pałacu w Miasteczku, żeby odebrać klucz od pokoju i mieć z głowy martwienie się, czy zdążymy na czas; Janusza brak, za to pierogi z jagodami tak samo dobre). Po udanym posiłku podjechaliśmy do pałacu w Pakoszowie na kawę (statysta postanowił kosić trawnik centralnie przed nami, poor devil). Był jeszcze przystanek w Kopańcu, oraz widok spod dawnego Förstelbaude w Gierczynie (ośrodek odrestaurowany dość festyniarsko, w stylu hotelu dla nowej-klasy-średniej).
Po tych podróżach lokalnych, o piątej byliśmy ponownie w zakątku Agniechowym tchnącym zenkiem. Obejrzeliśmy umocnienia przeciwpowodziowe, napiliśmy się zielonej herbaty, pogadaliśmy, zapuściłam ciekawskiego żurawia do prywatnego siedliska i dostałam w prezencie książkę oraz poradę w jakiej kolejności czytać historię wiedźmińską.
W Miasteczku pojawiliśmy się o ósmej; pałac wydawał się zupełnie opuszczony, ale mieliśmy kod do budynku i klucze do pokoju (znowu, tak jak w 2021, gdy byliśmy tutaj z tatką, urzędujemy pod jedynką), więc brak ludzi i duchów w niczym nam nie przeszkadzał. Rozpakowaliśmy lary i penaty, odbyłam krótką rozmowę z mamą (oberwanie chmury i lokalne podtopienia w Tcy), i wyjechaliśmy za rzekę. Ciocia Re była zaskoczona, przyjęła nas jednak miło, mogliśmy w jej lodówce zdeponować zapasy kiełby, strzeliliśmy po herbatce, zerknęliśmy na mecz Anglia-Argentyna, i wyszliśmy w ciemniejące miasto.