Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dolny Śląsk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dolny Śląsk. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 16 lipca 2026

3033. Dzień siódmy.

Od wczesnego rana nad Miasteczkiem wisiała mgła. Po sąsiedzku kupiłam w owadzie świeże bułki (orkiszowe, pyszne), po wymeldowaniu się z pałacu około wpół do dziesiątej zajrzeliśmy do sklepu jeszcze raz (tym razem podjechaliśmy), żeby kupić wkłady do zniczy. Przez resztę dnia bardzo sobie gratulowałam, że założyłam dzisiaj lniane spodnie i takiż top, bo temperatura rosła z godziny na godzinę. Mieliśmy zamiar odwiedzić cmentarz, ale początkowo nie dało się tego uczynić od żadnej mańki, droga była zamknięta, z oddali dobiegał nas dźwięk pił. Za to podjechaliśmy do pałacu Lenno na kawę i ciastko, następnie wpadliśmy do cioci Re, który powitała nas następną kawą i ciastkiem :) Wyszliśmy na spacer dookoła komina spotykając przy kościele Annę i Krzysztofa z Lubomierza. Po gawędzie historyczno-obyczajowej poszliśmy nad Bóbr — niestety, rzeka wyglądała bardzo źle, w takich warunkach odwiedzanie zapory miało jeszcze mniej sensu, woda mulista, aż serce boli. Wróciliśmy do cioci w porze wczesnoobiadowej i zostaliśmy wypchani po korek domowym spaghetti. Dopiero po obiedzie, gdy byliśmy już na wylocie, udało się nam dostać na cmentarz; Kochany zapalił znicze na kilku rodzinnych grobach oraz na grobie dawnego znajomego dzięki któremu mąż odnowił kontakt z Perlistym.

Kochany miał w planach spotkanie z przynajmniej dwiema osobami, ale choć przejeżdżaliśmy obok domu Miłej, a mąż zadzwonił do Zbynia, nic z tego nie wypaliło.

Resztę dnia spędziliśmy w podróży, najpierw szukając chłodu i cienia w Jeleniej. Kochany zaparkował pod Nowym Rynkiem, łaziliśmy tam w kółko po dwóch księgarniach (szukałam Baranowskiego Na co dybie w wielorybie czubek nosa Eskimosa i trylogii husyckiej Sapkowskiego), zjedliśmy lody u Sowy, ostrożnie wychynęliśmy w kierunku starego Rynku, żeby w końcu wylądować w Aroma Cafe. W drodze do rodzinnej wsi zatrzymaliśmy się jeszcze na MOP-ie Jawor Wschód, tylko na tyle, żeby się wesprzeć hot dogami. W domu rodziców po dziewiątej.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

środa, 15 lipca 2026

3032. Dzień szósty.

O czwartej nad ranem obudził mnie silny deszcz, burza z piorunami, musiałam wstać, żeby zamknąć okno; okazało się później, że nikt oprócz mnie tego zjawiska przyrodniczego nie zarejestrował. Może więc jestem zającem pod miedzą z okiem zawsze gotowym do otwarcia. 

Środa była znacznie wolniejsza w porównaniu z ostatnimi dwoma dniami. Mieliśmy z Agniechą pogadankę poranną, poczem, wyturlawszy się i wydrapawszy się po leniwych brzuszkach, o jedenastej wyjechaliśmy we troje do Jeleniej na brunch w to samo miejsce Januszowe, co w poniedziałek (wcześniej zajrzeliśmy do pałacu w Miasteczku, żeby odebrać klucz od pokoju i mieć z głowy martwienie się, czy zdążymy na czas; Janusza brak, za to pierogi z jagodami tak samo dobre). Po udanym posiłku podjechaliśmy do pałacu w Pakoszowie na kawę (statysta postanowił kosić trawnik centralnie przed nami, poor devil). Był jeszcze przystanek w Kopańcu, oraz widok spod dawnego Förstelbaude w Gierczynie (ośrodek odrestaurowany dość festyniarsko, w stylu hotelu dla nowej-klasy-średniej).

Po tych podróżach lokalnych, o piątej byliśmy ponownie w zakątku Agniechowym tchnącym zenkiem. Obejrzeliśmy umocnienia przeciwpowodziowe, napiliśmy się zielonej herbaty, pogadaliśmy, zapuściłam ciekawskiego żurawia do prywatnego siedliska i dostałam w prezencie książkę oraz poradę w jakiej kolejności czytać historię wiedźmińską.

W Miasteczku pojawiliśmy się o ósmej; pałac wydawał się zupełnie opuszczony, ale mieliśmy kod do budynku i klucze do pokoju (znowu, tak jak w 2021, gdy byliśmy tutaj z tatką, urzędujemy pod jedynką), więc brak ludzi i duchów w niczym nam nie przeszkadzał. Rozpakowaliśmy lary i penaty, odbyłam krótką rozmowę z mamą (oberwanie chmury i lokalne podtopienia w Tcy), i wyjechaliśmy za rzekę. Ciocia Re była zaskoczona, przyjęła nas jednak miło, mogliśmy w jej lodówce zdeponować zapasy kiełby, strzeliliśmy po herbatce, zerknęliśmy na mecz Anglia-Argentyna, i wyszliśmy w ciemniejące miasto.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

wtorek, 14 lipca 2026

3031. Dzień piąty.

Chodził lisek koło drogi, Fred go widział o poranku, jednak dokumentacji fotograficznej na ten temat brak ;) Poranek był za to we troje + wędlina (wczoraj po wizycie w Skradli Widelce Kochany nakupił prowiantu od znajomego Janusza; nasza gospodyni zajęta, więc i my postanowiliśmy się zająć). Po śniadaniu wyjechaliśmy zaobserwować okoliczności przyrody: woda mineralna i kawa były pite w Świeradowie Zdroju (woda absolutnie w deskę, mąż kupił dwie butelki dla rodziców; na horyzoncie granatowa chmura; dopiero wieczorem zorientowaliśmy się, że nad Jelenią przeszła nawałnica, a my przez cały dzień unikaliśmy deszczu jak Yosarrian ostrzału artylerii przeciwlotniczej) → na zamku Czocha obeszliśmy dziedziniec (w środku policyjne szyszki miały jakieś spotkanie branżowe) → kluski śląskie zostały zjedzone w Lubomierzu (restauracja w kątku placu Wolności, popiłam obiad wodą mineralną o nazwie Wysowianka, zachwyt powszechny) → w Pławnej oblukaliśmy twory Milińskiego → w pałacu Lenno zjadłam sernik z widokiem na Karkonosze → na zamku kupiłam przypinkę z duchem gór, gdy panowie wspinali się na wieżę. Towarzyszyła nam dziwna, duszna pogoda, kręcące się tu i tam zachmurzenie.

Lecieliśmy zygzakiem mijając grykę jak śnieg białą (gryka towarzyszy nam od wczoraj, nie wiem, o co chodzi, widzę ją wszędzie), PoE trza było w końcu ruszać do domu, pojechaliśmy więc z nim do Bolesławca  i rozglądania się po okolicy było najwyraźniej za dużo, bo ... spóźniliśmy się na pociąg. Poczekaliśmy z PoE na przelotową Saxonię; było machanie rączętami, było trącanie się doopkami (pisałam już, że lubię pociągi — przejazd towarowego ekscytujący). W drodze powrotnej do Agniechy zatrzymaliśmy się w Bolesławcu tylko na chwilę w celu zrobienia zakupów spożywczych w owadzie. U Agniechy jedzenie i pogaduchy bez Agniechy. Kochany zadzwonił do pana Krzysia, zamówił nocleg na jutro w Miasteczku.

Image

Image

Image

Image

Image

poniedziałek, 13 lipca 2026

3030. Dzień czwarty.

Pobudka była wczesna, piąta rano, na szczęście rodzice mają zwyczaj bardzo wcześnie budzić się do pracy, więc im nasza ekstraporanna eskapada nie przeszkadzała. Musieliśmy być kwadrans po ósmej na Nadodrzu, żeby z dworca kolejowego odebrać Pana Od Espresso. Wszyscy mamy wolny rozruch, koty jedzą śniadanie najszybciej.

Wyjechaliśmy z domu przed rodzicami. Asnyk wiozący PoE był trochę spóźniony, mogłam podziwiać przedwojenny dworzec ulegający entropii oraz zauważyć, że ogłoszenia są w trzech językach: polskim, angielskim i ukraińskim, bo takie są czasy. Lubię pociągi. Po przywitaniu z PoE cisnęliśmy dalej. Najpierw El Gato na Gubińskiej, następnie podróż do Jeleniej i brunch w Skradli Widelce (maciupka sytuacja, dosiedliśmy się do Lesława z rodziną, pierogi z jagodami boskie) → spacer Jelenią (→ bazylika mniejsza Erazma i Pankracego → napitki w Aroma Cafe → mijanka z cerkwią Piotra i Pawła → krótka wizyta w kościele garnizonowym, co łaska 5 złotych). GPS w telefonie i skręt w ściernisko. O miejscu Agniechy nie miałam wyobrażenia, dałam się zaskoczyć z wielką przyjemnością. Łąka za płotem śpiewa. Ciepło bardzo.

Image

Image

Image

Image

Image

piątek, 10 lipca 2026

3027. Dzień pierwszy.

Zasnęłam po trzeciej (dobrze było zobaczyć drzewa te same, gwiazdy nad drzewami, mrok za płotem), obudziłam się około siódmej i już nie mogłam spać, natłok myśli. Zaraz wypróbowałam, czy na emailu pracowniczym działa mi automatyczna odpowiedź (cholera, nie działa). Musiałam wstać i się zmęczyć jeszcze bardziej, nie było innej rady, więc wyciągnęłam mężowskiego laptopa (zostawiłam mój w domu), zaczęłam uzupełniać wpisy blogowe, porządkować myśli.

Prezencik mężowski odpakowany z rana:

Image

Bo rodzicom Fred wręczył prezenta już o trzeciej rano. 

Ruchy jak zwykle wolne, domowe. Poczekałam, aż Kochany obudzi się, zje śniadanie, o pierwszej wyruszyliśmy do Tcy. Kot, Rossman, krótki wypad do fryzjera, żeby się umówić na później (jakoś nie wiem sama ... przestaję lubić to miejsce, coś jest z paniami, jakieś coś off). Siedliśmy pod bazyliką, akurat odbywał się ślub, więc nie weszliśmy do środka. Powrót na wieś po telefonie od mamy, że już jadą w tamtym kierunku. Obiad, fragmenty Midsomer Murders z sezonu 22, spacer z mamą na cmentarz, chill, robienie kanapek, kolacja i dyskusje o historii.

Wieści z domu: stabilnie, choć Hana wpuściła gościa od kuchenki, co jest irytujące, bo prosiliśmy ją o coś przeciwnego. Well. Padam. Na jutro są plany.

Image

Image

Image

Image

Image

niedziela, 15 marca 2026

2280. Przedostatni.

Rano poszłyśmy z mamą na cmentarz, drogą obok sklepu, więc była to szczególnie udana ekskursja (mama nie lubi chodzić po wsi, dla mnie robi wyjątek). Znowu wymieniamy się pomysłami nagrobkowymi. Czy przenieść ciocię Stachę do grobu dziadków? Ale jak? Ile to kosztuje? Czy to ma sens? A może nowy pomnik? W jakim kolorze? Czy istnieją chabrowe marmury?

Image

Po obiedzie wyjechaliśmy z Kochanym do Tcy. W Kocie wypiłam kawę z mlekiem owsianym, niestety wszystkie ciasta były z laktozą, więc (bardzo niechętnie, ale jednak) ograniczyłam się do napoju. Podjechaliśmy do stawów, żeby zrobić ósemkę. Dzisiaj pogoda znacznie gorsza, chłodniej, szarzej, gdyby nie kacza kopulacja, trudno byłoby dostrzec wiosnę. 

Image

Wieczorem serfowałam z mamą po drzewie genealogicznym, przy tej okazji niespodziewanie znalazłam Rozalię, moją hipotetyczną praprababcię ze strony taty. Przyjrzę się bliżej temu odkryciu, gdy będę miała dostęp do własnego lapka, tutaj korzystam z cudzesów, a to nie to samo — drzewienie wymaga namysłu, przestrzeni, siorbania napojów w niespiesznej zadumie.

Przez cały czas towarzyszą nam zwierzaczki, tłusty Wojtuś, pęczniejący kadłubek Rozalki, niuchająca Niunia, oraz czarne siostry, które przemykają jak duchy, chyba, że ze stołu zanęci zapach obiadu. Przesuwam Maksia w kierunku posłania (niedowład nóg postępuje), podobnie jak przesuwam Gosię psa, gdy otwieram bramę i chcemy wjechać samochodem na podwórko (Gosia nie słyszy, widzi też coraz słabiej, więc nie od razu wie, o co mi chodzi). Brodzimy w kłakach, wysłuchujemy pieśni godowych, wbrew pozorom jest to wszystko w pewien sposób optymistyczne.

Na razie nie chce mi się odprawiać lotu, zamiast tego zagłębię się w Lalkę i perłę, a potem będę śniła ile wlezie. 

Postscriptum #2279.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Jeszcze coś? Fred chodził w musztardowym swetrze. Z domu w centrum Miasteczka została tylko frontowa ściana, ale przynajmniej coś się zaczęło, jakaś pozytywna zmiana, a nie tylko butwienie i rozkład. Na cmentarzu cieszą, jeśli tak można powiedzieć, odrestaurowane kaplice nagrobne. O wiele za późno, ale lepsze to niż nic (zachodziłam w głowę, czy widziałam je już w tym nowym stanie, czy tylko wizualizowałam sobie zmiany. Ale nie, remont był rok temu, może tylko o tym czytałam). Opuszczając cmentarz Kochany pomógł starszej pani, zapalił jej znicz. 

Nad tamą dominowały dźwięki stukania i wiercenia, prace trwają, droga na koronie zamknięta. 

Jelenia jak zwykle, mieszanka rozkładu i twórczości. Może dlatego, że byłam tu wcześniej kilka razy, zauważam głównie twórczość, remont szeregu starych budynków przy Fortecznej. Ktoś coś ratuje, widać, że jest wizja (ogólnie, jadąc prowincjonalną drogą dolnośląską widać bardzo, gdzie mieszkają świry, które dokonują ekstra wysiłku; kochamy świrów). Wracając w kierunku Nowego Rynku wyhamowujemy za panem robiącym inspekcje koszy na śmieci, żeby nie zaciągać jego zapachu. Po drugiej stronie drogi spotykamy siostrę znajomych z Irlandii. Świat jest mały.

sobota, 14 marca 2026

2279. W tę i z powrotem.

Wyruszyliśmy do Miasteczka o dziewiątej. Pogoda sprzyjała, choć oczywiście w miarę zbliżania się do gór nasilał się chłodny wiatr. Trochę nas tu nie było, pozmieniało się to i owo, wiele innych spraw wcale nie. Kochany kupił w Dino wkłady do zniczy, w drodze na cmentarz zajrzeliśmy na pięć minut do rodziny (powiadam: chodzenie po wizycie w toalecie jest znacznie przyjemniejsze niż przed wizytą w toalecie), przyjęła nas Hana z mokrą głową i jej rudy kot. Mrzygłoda spotkaliśmy później, gdy trawersowaliśmy przez rynek. Oczka świeciły mu się złowieszczo, jak zwykle.

Tama sucha, zamknięta dla odwiedzających. Majestatyczna. Tak jadąc to tu to tam, zauważyłam cmentarz pożerany przez barwinek, potem dość niespodziewanie w ogródku mijanego domu zobaczyliśmy Miłę. Przy Miłej zatrzymaliśmy się na chwilę, podobnie przy cmentarzu — prawie go już nie ma, kilka nagrobków, doły po grobach, jednak ktoś zostawia znicze. Wieczorem znalazłam informację, że to dawny cmentarz ewangelicki, zdjęcia jego stanu sprzed kilku lat są mocno nieaktualne. 

Po inspekcji tamy, pojechaliśmy do Jeleniej (panorama Karkonoszy jak zwykle mnie zaskakuje). W mieście zjedliśmy obiad na zewnątrz bistro Green House, bo niewielka restauracja była w całości wypełniona klientami. Długo czekaliśmy na zamówienie, warto było (wiatr szumiał nad głowami, Kochany wrócił do samochodu po dodatkowe okrycia). Podjechaliśmy też bliżej centrum, na kawę w Aroma Cafe. Przyjemne miejsce, pluszowe, pełne wygodnych foteli poupychanych w wąskich zakamarkach.

Droga powrotna nie zajęła nam więcej niż dwie godziny. Może jutro dodam coś więcej; podróże cieszą, ale zużywają, teraz mam ochotę wyłącznie na siedzenie z nogami na lampie i zerkanie na gangsterów mordujących się w Ojcu chrzestnym.

czwartek, 12 marca 2026

2277. Baba ze wsi.

Około północy czasu lokalnego na MOPie Wiśniowa Góra zajadamy hot dogi, a wpół do trzeciej stoję w lesie przed zamkniętą bramą i się chichram, bo mama się chichra. Rzeczone parówki:

Image

W drodze, już w lasach przed wsią, trzy razy Kochany zwalniał dla bezpieczeństwa spacerujących saren. Piękna jest noc. Po trzeciej układamy się do snu, niezbyt długiego (za kilka godzin mama wyrusza do pracy, Maksiu plącze się pod łóżkiem, koty wymieniają myśli). Dopiero w świetle poranka, przy pierwszej herbacie otwieram paczki skitrane za łóżkiem. A w nich ładne rzeczy, Empikowe prezenty od Kochanego (Rudzka jeszcze bożonarodzeniowa, paczka gdzieś się wówczas zawieruszyła):

Image

Cuda z Tezeusza (jestem pod wielkim wrażeniem, wszystko było opisane na stronie antykwariatu bardzo adekwatnie):

Image

Oraz inne dobra kultury:

Image

La la la, Vaim zaczęłam czytać. Oraz dużo spałam w południe (Kochany wyjechał do Tcy sam, zamówił mi na jutro fryzjerkę i kupił w Kocie herbatę jaśminową). W outficie baby ze wsi spędziłam cały dzień w domu rodzinnym. Zajadając bułeczki obejrzeliśmy MM (początek czwartego sezonu). Teraz zerkam na Zemstę z Gajosem. 

Anne przesłała dwa zdjęcia myszowe, dziewczyny ujęte w pozach klasycznych, oraz kupiła mi kartę SD (w przyszłości będę mogła zdarzenia domowe nagrywać). 

Czytam, oglądam, koty głaskam, piję dużo wody, epatuję.

środa, 18 lutego 2026

2255. Środa w odcinkach.

Były już ostrzeżenia, bo deszcz, były bo lód, teraz bo wiatr. Czy ta zima wiosną nareszcie się skończy? Tak sobie myślę o pogodzie tutejszej, gdyż ...

Mama właśnie wstawiła fotki z rodzinnej wsi. Biało. Na śniegu zaledwie kilka śladów łap. Koci patrol. Ciekawe, czy to Mruczysław przejął schedę po Macieju i dba o podwładnych, czy już się schodzą lokalne nieszczęścia po coś "na ciepło". Ach, mogłabym tam być, miód i herbatę pić, nie iść do pracy ...
___
edit 13:00 ogrzewanie szumi, deszcz za ścianą siąpi, oczy się mnie zamykają. O drugiej mam dwugodzinną sesję gadaną, do tego czasu najchętniej walnęłabym się do łóżka.
___
edit 20:10 ziew. Tak to na ziewaniu, słuchaniu kryminału historycznego i jedzeniu minął dzień. Że z samochodu do Jamy i z powrotem przemknęłam (po porannym gradzie pogoda sparszywiała do reszty), a w czasie pracy wyszłam tylko na chwilę (natknęłam się na Saren, branczowała, zapewne z mężem), nie rzucili mi się na oczy Irowie z głowami w popiele. Ramadan też właśnie się zaczął, ale w tym roku jest to bez znaczenia (w zeszłym jedna z uczennic pościła, a potem biedna objadała się po zmroku, dobrze jej to na zdrowie nie robiło). Na dodatek od wczoraj mamy chiński rok konia. Tutaj żadnych wyrzeczeń, tylko przepowiednia: wg horoskopu króliki takie jak ja mają wybierać jakość, oszczędzać kasę i jogować dla zdrowotności. Nie powiem, brzmi rozsądnie ;)

poniedziałek, 29 grudnia 2025

2204. Śnieg, podróż, inne krajobrazy.

Wstaję o ósmej, wyglądam przez okno, a tam na szary świat pada śnieg. 

Image

Po śniadaniu, porannym kręceniu się tu i tam, klikaniu pilotem, krótkim spacerze z tatkiem i krzywonogim Maksiem, wyjechaliśmy do Wroc. Tatko wybrał kierunek na Tcę, żeby zatankować, ale potem skręciliśmy na drogę wzdłuż bukowego lasu. Lubię tę trasę. Wiedzie przez Ober Glauche, Sauerbrunn, Sachsenau, Zakrzów, gdzie minęliśmy dom kultury w którym w latach 80. odbywały się zakładowe mikołajki (mam z nich przynajmniej jedno zdjęcie, kolorowe, ja cała w pąsach obok faceta z długą, białą brodą).

Cel podróży był kulinarny, nikomu nie chciało się gotować obiadu. Po gyrosie w Greco i krótkich zakupach (rodzice zapłacili najwięcej za karmę dla zwierząt), był jeszcze przystanek w miejscu o nazwie Deserownia Café. Wizualnie spoko, ale kawa i ciasto takie sobie. Wróciliśmy do domu po czwartej, za ciemno na nurkowanie w sekretnych śmietnikach, zostawiam to sobie na jutro.

Wczoraj późnym wieczorem wróciłam do lektury podróżnej, do drugiej jej części. Klik klik w czytniku, jedna wirtualna kartka po drugiej kartce i właśnie skończyłam czytać Wild Houses Barretta (Vintage, 2025). Książka przywołała mnie do innych krajobrazów, odległych, ale niezupełnie obcych.

czwartek, 29 maja 2025

1990. Druga część tygodnia.

Wstaliśmy dość wcześnie. Umyłam włosy i doczytałam ostatnie strony A House in Norway Vigdis Hjorth (Norvik Press, 2017). Po śniadaniu suszę włosie, głaskam koty, patrzę na most w Latchford w prowincji Ontario (bo przecież nie na newsy polityczne; wystarczy mi, że koleżanka z LO, która nie zdała matury, codziennie na FB lobbuje za alfonsem). Dzień jest chłodniejszy, aura nieprzewidywalna, dużo chmur wpadających w ponury nastrój. Pomysł na czwartek: wizyta w Kocie oraz wyjazd do Empiku (bardzo dobry plan).

W mieście, w drodze do kawiarni, zaszłam do fryzjerki zapytać się czy jutro będzie miała dla mnie czas (będzie), i natrafiliśmy na scenkę rodzajową, rodzinną, wzruszającą (czy to wnuk właścicielki powiedział mi pa pa?). Po kawie w Kocie udaliśmy się z Tcy do Empiku wg zaleceń GPS. Obeszło się bez wjeżdżania do centrum, bo księgarnia (niezbyt zasobna, jak się okazało) była w galerii Pogodno na obrzeżach miasta. Znalazłam parę ciekawych książek, ale nic z tego, na co liczyłam (zrobiłam zdjęcia na później, może dodam je do listy życzeń ebookowych, na razie wszystko dość drogie). Nie zważając na cenę kupiłam za to drugie wydanie podręcznika psychoterapeutycznego Popiel/Pragłowskiej z czego jestem bardzo zadowolona. Po poszukiwaniach książkowych wróciliśmy do Tcy i zasiedliśmy w Markizie (na przeczekanie, trochę byłam już głodna i potrzebowałam wsparcia).

Wróciliśmy na wieś chwilę przed rodzicami; zjedliśmy dobry obiad (gulasz z kaszą gryczaną); poza tym nicnierobienie. Rodzice chyba coraz bardziej sfrustrowani są medialną kaszaną, bo podczas kolacji powracał temat wyborów (czy to ogólny trend, że starsi martwią się bardziej?). Udaje się nam go wyprzeć wspomnieniami z ostatnich dni, szczególnie opowieściami o Marksistce; pokazujemy zdjęcia, przytaczamy anegdoty, niebo się rozpogadza. 

środa, 28 maja 2025

1989. Więcej ekscesów i powrót.

Obudziliśmy się na strychu, w XIX-wiecznym łóżku (pierwszy raz w życiu spałam pod kołdrą obciążeniową, dobre to), w mieszkanku, gdzie za blat kuchenny służy granit ze Strzegomia kupiony jako kamień nagrobny dziecięcy. Marksista zrobiła nam płyny poranne, po czym zaczęła tworzyć z Fredem hymn szczurzy na bazie hej kto Polak na bagnety. Po śniadaniu twórczym (dla mnie płatki kukurydziane na mleku, dla Freda pierogi z Biedry), wyszliśmy z Kochanym w kierunku Kiełkownicy (która dla reszty mieszkańców jest wieżą widokową).

Image

Jako że Marksistka poleciła grzyby gatunku golden teacher i kościół pokoju w Świdnicy, poczuliśmy się wystarczająco zachęceni do tego drugiego: po czułych pożegnaniach (cesarz W jeszcze raz wsparł swoją cesarską łapkę na prowincji zamorskiej) wyjechaliśmy ok. południa, w deszczu i w deszczu poszliśmy zwiedzać. Piękny obiekt i jak reszta wydarzeń z dwóch dni, skłania do pewnych refleksji. Wychodząc za 15 zeta kupiłam płytę-składankę z muzyką organową (trochę Bacha, ale też Widor czy Händel).

Image

Coś w mojej głowie nie stykało, bo zdawało mi się, że do Tcy jest strasznie daleko, tymczasem to trochę ponad godzinny rajd, częściowo autostradą. Tuż przed trzecią zapukałam do maminego biura i zaprosiłam ją na obiad. Podjechaliśmy z Kochanym do chińczyka, poczekaliśmy na rodziców, zrobiliśmy zamówienie. Po obiedzie rodzice pojechali na zakupy, a my z buta poszliśmy do Kota (samochód został pod kinem). W Kocie tą razą chemex z Indonezją, całkiem przyjemny.

Image

Przed szóstą na powrót w domku pod lasem. Głównie relaks, nadrabianie pisaniny; aura uspokoiła się nieco, ale gdy z mamą i Maksiem wyszłyśmy na późny spacer, wróciłyśmy w podskokach uciekając przed burzową chmurą. Późna kolacja, trochę próbujemy przekazać myśli i przeżycia. 

Przez dwie ostatnie noce nasze łóżko było zajęte; znowu przyjdzie się nam rozpychać.

wtorek, 27 maja 2025

1988. Z prawa na lewo.

Pobudka o siódmej. Ciocia Ce już na nogach, już się zastanawia czym nas rozpieścić. Zjedliśmy bardzo dobrą jajecznicę, jeszcze trochę rozmawialiśmy, ale do Waldenburga kawałek, a przecież planowaliśmy dłuższy spacer, trzeba nam było dać kopa. Nie omijajcie nas, powiedziała ciocia Ce. Powiedziała też inne rzeczy; ciężko jej, zmiany nie widać na horyzoncie.

Przed nami 200 km, zatrzymaliśmy się tylko na chwilę; w międzyczasie telefon do tatki, bo przecież urodziny. 

Tuż po południu zaparkowaliśmy w ciekawym i bardzo wąskim zakątku i zaczęliśmy wchodzić. A cóż to było za wchodzenie! Na końcu tego wchodzenia, gdy Kochany mi obwieścił, że tu to już na pewno nikt nie mieszka, otwarły się drzwi, a zza nich dobył się znajomy głos. To tu, to tu! Dobrze było zobaczyć Marksistkę po czterech latach; nic się nie zmieniła, ten sam sweter, ta sama Marksistka, tylko inne okoliczności mieszkaniowe. Poznaliśmy chłopaków: W, O & E. 

Image

Wspaniałe stado; w późniejszym czasie cesarz W zaanektował mnie jako prowincję zamorską. Przyjaciółka nakarmiła nas kurzyną z frajera przed dalszą podróżą, zostawiliśmy zbędne toboły i w drogę.

GPS powiódł nas częściowo przez Czechy (Meziměstí, Jetřichov, Martínkovice, Božanov), ale kierunek nie był bardzo genialny, zajechaliśmy aż do norki o nazwie Studená Voda i zaraz wróciliśmy, bo najważniejsze to umieć przyznać się do błędu. Ale w końcu jesteśmy tam, gdzie chcieliśmy być: przez Czechy wróciliśmy do Polski i dojechaliśmy do parkingu w Karłowie pod Szczelińcem Wielkim.

Wchodzenie rozpoczęte po trzeciej to nasz szczęśliwy traf. Właśnie wracały ostatnie szkolne wycieczki, na punkcie widokowym pojawiło się mrowie młodocianych Hunów wydających z siebie straszne dźwięki, ale oczywiste było, że zaraz zejdą i nie zobaczymy się nigdy więcej. Gdy tam w końcu doszliśmy, błogosławiona cisza. 

Image

Image

Image

Po drodze natknęliśmy się na dwie pary i kilka mniej zapamiętywalnych osób. Kruki kraczą, sokoły robią sokole rzeczy, my idziemy, nikt nie drze mordy; magia.

W Waldenburg byliśmy z powrotem po siódmej. Po rozważeniu różnych atrakcyjnych możliwości wyszliśmy na miasto wiedzeni przez Marksistkę-przewodniczkę, która zakreślając ręką mniejsze i większe kółka, przedstawiła nam rys historyczno-architektoniczny aktualnego centrum jej świata. Na kolację kebab w cienkim cieście na Gdańskiej 1 ^..^. Powrót do skryty Drakuli na strychu, rekreacja z chłopakami, szukanie kołder i ręczników, ablucje przy oknie bez firanek i w końcu sen na ponad stuletnim łóżku, które na co dzień służy szczurom za plac zabaw.